Powrót do strony głównej

Wywiady:

...dla Charakterów
O związkach i bliskości
Z zawodu jestem położną
Bohater, który śpi
...dla Gazety Wyborczej
W kręgu mężczyzn
Chłopcy z zapałkami

 

...dla Charakterów

Dorota Frontczak, Charaktery 12/2005 i 1/2006.

Dorota Frontczak: - Niedawno na rynku pojawiły się dwie książki „Męskość" Steva Bidulph'a  oraz „Sposób na Kaina". Obie dotyczą psychologii mężczyzn. Bo mężczyźni coraz częściej żalą się, że nie umieją sprostać wymaganiom współczesnych kobiet, czują się zagubieni. Czy męskość jest w kryzysie?

Prowadziłem kiedyś warsztaty dla biznesmenów. Przyszli i mówią: nasza firma jest w kryzysie. A ja im na to: to nie w firmie coś się zmieniło. Zmieniła się sytuacja rynkowa. A to sprzyja rozwojowi. O kryzysie męskości można mówić jedynie wtedy, gdy przyjmuje się za punkt odniesienia model tradycyjny, który nadal w świecie przeważa. Model oparty na dominacji i konkurowaniu. Traktujący zarówno świat, jak i inne istoty, a nawet swoje własne ciało i siebie - jak pole walki i eksploatacji, które należy zdominować i użyć i dzięki temu osiągnąć jakiś cel. W tym modelu tkwią zarówno kobiety jak mężczyźni. Ten model niszczy i dzieli, na przykład „ustawia” kobiety przeciwko mężczyznom, a mężczyzn przeciwko wszystkim i wszystkiemu.

Co się zmieniło w świecie i ujawniło słabe strony tak rozumianej męskości?

Niemal wszystko wciąż się zmienia w oszałamiającym tempie: rewolucja informatyczna, gwałtowna degradacja środowiska naturalnego, niezwykłe odkrycia naukowe i technologiczne zmieniające naszą świadomość siebie i świata, odradzanie się rdzennych tradycji, globalizacja. Przeszliśmy od socjalizmu do demokracji, od „pustych półek” do kapitalizmu i konsumpcjonizmu, przechodzimy mozolnie z zaścianka do Europy. Czy tego chcemy, czy nie, uczestniczymy w tych przemianach. Również obyczajowych. Tu szczególną rolę odegrały i nadal odgrywają kobiety. Jestem im za to wdzięczny. Ich przemiana pomaga budzić się nam, mężczyznom. Pomaga przekraczać sztywne wzorce modelu męskości i równocześnie nie gubić tego, co w tradycyjnych wzorcach jest cenne.

Co jest cenne w tradycyjnym modelu męskości?

Chociażby nacisk położony na rozwijanie osobistej odwagi i poczucia odpowiedzialności,  wysoka ocena dbania o dobro nie tylko własne, ale również innych. 

Co tak uwiera mężczyzn w ich sztywnej roli?

Wielu z nas nie bardzo wie po co żyje. Wielu mężczyznom życie, które wiodą nie daje satysfakcji i radości. Wielu z nas nie znajduje odpowiedzi na dręczące pytania: Dlaczego mam problemy w związkach? Dlaczego muszę się zaharowywać, choć nie sprawia mi to radości? Dlaczego oszukuję sam siebie, że robię to dla innych? Dlaczego podporządkowuję sie cudzym  oczekiwaniom? Dlaczego moje życie jest podszyte lękiem, do którego nie wolno mi się nawet przyznać? Dlaczego moje poczucie wartości zależy od wysokości moich zarobków? Od mojej wydolności seksualnej, pozycji społecznej? Dlaczego tracę głowę dla niemalże każdej młodej kobiety, która nie jest moją żoną?

Skąd się to bierze?

Z braku kontaktu ze sobą, swoimi uczuciami i potrzebami. Mężczyzna ma dawać sobie radę. Ma udowodnić, ze jest mężczyzną. Ma zdobyć, zdominować i utrzymać. Ma dostarczyć i zadbać, ma obronić. Model wychowania chłopców zabrania im czuć i rozwijać kontakt ze sobą. Wręcz traktuje wrażliwość za wadę, którą należy usunąć. To z czasem zabija samoświadomość, albo ogranicza ją tylko do tego co w nas „racjonalne”, policzalne, jednowymiarowe.

Zdawałoby się, że w kulturze patriarchalnej mężczyźni powinni być szczęśliwi. Kto wymyślił ten sztywny wzorzec skoro nie pasuje ani kobietom ani mężczyznom?

Nie wiem i nawet nie wiem czy na tak postawione pytanie da się sensownie odpowiedzieć. Wiem natomiast, że gdy rozmawiamy o mężczyznach i kobietach, to w tle działają stereotypy i wzorce kulturowe świata, w którym żyjemy, a one zabraniają zajmować się tym co nas uszczęśliwia. Nakazują natomiast wypełniać życie wypełnianiem określonych zadań i obowiązków wynikających z kulturowych ról przypisanych kobietom i mężczyznom, albo im zaprzeczać. Jak to mówią: „Takie jest życie”.

Ale podział na męskie i kobiece role dokonał się już w dalekiej przeszłości.

To prawda. Litewska archeolożka Marija Gimbutas dowodzi, że kiedyś istniały na terenie Europy kochające pokój i nastawione na współpracę społeczności, w których żadna z płci nie odgrywała dominującej roli. Te społeczności zostały zepchnięte na margines i zniszczone w neolicie, podczas najazdów wojowniczych ludów indoeuropejskich.  Prawdopodobnie to właśnie one przyniosły ze sobą patriarchat i wzorzec twardego wojownika. Jak mężczyzna nie jest twardy i bezwzględny, to ginie na polu bitwy. I tak jest do dziś, tyle że teraz mówi się mężczyźnie, że musi być bezwzględny w zarabianiu pieniędzy. To nowa wersja starego wzorca. Jest zresztą wspaniała baśń o świecie, w którym przyszło nam żyć.

Jak idzie?

Rzecz dzieje się w królestwie, którym rządzi Król, co ma zepsute serce. Złoto ceni wyżej od żywej istoty. Król jest zachłanny i boi się przemijania. Każde z nas zna tego Króla,  nosi w sobie jego cząstkę, bo urodziliśmy się w jego królestwie. Król dowiaduje się, że w jednej z wiosek urodził się chłopiec, któremu przepowiadają, „że w czternastym roku życia poślubi córkę królewską” i za wszelką cenę dąży do tego, żeby się tego chłopca pozbyć.  Próbuje na wiele sposobów, ale to się nie udaje. W końcu wysyła go do Diabła i żąda dostarczenia trzech złotych włosów z jego głowy. Chłopiec dociera do Piekła i tam spotyka Babkę Diabła. Jeśli w jakiejś wersji tej bajki, nie ma Babki Diabła to jest to istotny brak. Babka jest niezwykle ważną postacią - symbolizuje to, co w naszej kulturze zostało zepchnięte na margines, czyli wszystko to, co ma związek z kobiecością i z Ziemią. To właśnie Babka pomaga chłopcu zdobyć trzy złote włosy. Jak do tego dochodzi? Chłopiec nie walczy z Babką Diabła – w takiej walce nie miałby żadnych szans - ani nie stosuje forteli. Po prostu mówi czego potrzebuje i prosi o to. I to wystarcza.

Czego uczy ta baśń?

Uczy, między innymi tego, że są takie moce, wobec których jedyną właściwą i skuteczną postawą jest szacunek i pokora. Wszystko inne prowadzi do samozniszczenia.

W swojej pracy terapeutycznej korzystasz z baśni. Na jakiej zasadzie pomagają?

Baśń, oprócz tego, że jest historią, ma określoną strukturę - są postacie, które są w określonych relacjach. Praca z baśnią polega między innymi na tym, żeby odkrywać, to, czego baśń nie mówi wprost, a co jest jej przesłaniem, ale nie morałem. Proszę na przykład o przypomnienie sobie baśni, która była ważna w dzieciństwie. Kiedy porównać strukturę baśni z tym, co dzieje się w życiu danej osoby, to okazuje się często, że istnieją olbrzymie podobieństwa. Na przykład, baśnią mojego dzieciństwa jest baśń o wodzie żywej. Ojciec jest śmiertelnie chory i trzeba iść po wodę żywą, żeby go uratować. Oczywiście jest też trzech braci, jego synów. Najpierw idzie ten najstarszy, który zwykle jest rycerzem. Potem średni - organista. W końcu, gdy tamci nie wracają, idzie najmłodszy - głupi Jaś i jemu się udaje. O co tu chodzi? Trzeba sobie zadać pytanie, kto jest narratorem. Jaś jest głupi jedynie z określonego punktu widzenia - najczęściej kultury, w której ta baśń powstała. Z punktu widzenia kultury, w której wzorami są rycerze i organiści, ten kto chodzi po łące i zachwyca  motylami, albo troszczy o mrówki i żaby, albo uczy języka psów jest durniem, głupim Jasiem.

A jednak to on zdobywa wodę żywą.

Tak, dysponuje czymś, co mu umożliwia dotarcie tam, gdzie nie docierają starsi bracia. Dopiero po kilku latach prowadzenia warsztatów dla mężczyzn, uświadomiłem sobie, że ta baśń jest jak sen w tle tego, czym zajmuję się na jawie. Bo przecież to, co staram się robić wymaga docierania do tego, co płynne i żywe, do uczuć, do przesłań niesionych przez sny, sygnały płynące z ciała, choroby i trudności w relacjach. A poprzez nie do Źródła, czyli do tych obszarów doświadczenia, które Arnold Mindell – twórca psychologii zorientowanej na proces - nazywa Śnieniem.

Czym jest Śnienie?

To coś, co towarzyszy nam nieustannie. Przenika nasze sny i dzieje się w tle naszej codziennej aktywności nastawionej na osiąganie celów i usuwanie przeszkód. Chcemy jasno określonych granic i definicji, bo wtedy czujemy się bezpieczniej, możemy sprawować kontrolę, zachować dominację. Wiele w ten sposób zyskujemy, ale też wiele tracimy, a przede wszystkim tracimy kontakt z przeczuciami, intuicją, z doznaniami cielesnymi. Ignorujemy nastroje i zmienną aurę osób, miejsc, przedmiotów, zwierząt i roślin. Tracimy łączność z rytmami dnia i nocy, przemianami pór roku i pór człowieczej egzystencji, przemianami żywiołów. Tracąc kontakt ze Śnieniem, tracimy niezależność i orientację. Dajemy się skusić na słodki piernik i nie zauważamy, jak trafiamy do klatki Baby Jagi. Budzimy się po czterdziestce i uświadamiamy sobie, że – jak to ujął Joseph Campbell – drabina, na którą się wspięliśmy jest przystawiona do niewłaściwej ściany.

- Jak wychowywać chłopców, żeby nie wpychać ich w kulturowy wzorzec męskości, w za ciasny garniturek zdobywcy?

- Ci, którzy zajmują się wychowywaniem powinni sami pracować nad sobą; uświadamiać sobie, że sami tkwią w stereotypach, starać się od nich uwalniać i wnosić swoje odkrycia do procesu wychowywania. Na pewno błędem jest to, że w systemie edukacji jest tak mało mężczyzn. Psychologowie są zgodni: w wychowaniu chłopca bardzo ważną rolę odgrywają inni mężczyźni. Tak było w rdzennych społecznościach. Mężczyźni stanowią punkt odniesienia dla chłopca. Mając kontakt i z męskim i kobiecym punktem widzenia, łatwiej wypracować własne, udane podejście do życia. Również dla dorosłych mężczyzn uczestnictwo w męskiej grupie może być doświadczeniem bezcennym, ale musi to być grupa, w której możliwa jest szczera rozmowa, gdzie nie trzeba zgrywać twardziela i kłamać.

- Dorosłemu mężczyźnie chyba trudniej zdobyć się na pracę nad sobą.

Albo i nie. Po czterdziestce wyraźniej można poczuć kres ukryty za horyzontem. Niby jeszcze zostało drugie tyle, ale taki przedział czasu można już ogarnąć wyobraźnią. Często wtedy mężczyźni chcą zmieniać swoje życie. I robią to na różne sposoby. Mądrze lub głupio. Warto się w takim momencie zatrzymać i zastanowić po co żyję i co w tym życiu jest dla mnie naprawdę ważne.

Kryzys wieku średniego jest nieunikniony?

Jak miałem koło czterdziestki, przypomniał mi się jeden z liryków Mickiewicza:
„Polały się łzy me czyste, rzęsiste,
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górna i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski.”
Zacząłem się zastanawiać, dlaczego wiek męski ma być wiekiem klęski? Po jakimś czasie przyszła do mnie odpowiedź. Uświadomiłem sobie, że jak nie ma klęski, to nie ma też dojrzałości. Bez doświadczenia porażki można przeskoczyć z krótkich spodenek do volvo, ale nadal niewiele rozumieć o co chodzi w życiu.

Steve Biddulph  autor książki „Męskość” radzi mężczyznom w okolicach urodzin wyjeżdżać na kilka dni. Dlaczego dla mężczyzny tak ważna jest samotność?

Moim zdaniem okresy bycia samemu są ważne nie tylko dla mężczyzn. Oglądałem ostatnio film w telewizji. Kiedy następnego dnia siedziałem sam, to zauważyłem, że w moim umyśle - na granicy świadomości – coś się dzieje, że odbywa się tam jakiś proces. Kiedy zwróciłem na to uwagę okazało się, że scena po scenie wyświetla się tam film, który widziałem poprzedniego dnia. Wtedy uświadomiłem sobie też co mnie w tym filmie poruszyło i jak się to ma do zupełnie innej sprawy - problemu, który nie dawał mi wtedy spokoju. Samotność pomaga trawić doświadczenia. Wtedy stają się pokarmem dla duszy.  Organizm musi mieć czas na przyswojenie tego, co zostało do niego wprowadzone,  na przetrawienie i uświadomienie sobie tego co się dzieje, jaki jest tego sens, znaczenie. Bez takich chwil czy okresów zatrzymania łatwo jest zagubić się w świecie nastawionym na zysk i poklask. W naszej kulturze usankcjonowaną formą takiej samotnej medytacji dla mężczyzn jest wędkowanie. Trzeba przecież zachować pozory, że to co robię służy czemuś „pożytecznemu”, ma jakiś praktyczny cel. Ale jaki sens ma samotne siedzenie godzinami nad wodą? Żeby złowić rybę?  A jeżeli tak, to jaką?

No właśnie, a jaką ty chcesz rybę złowić prowadząc warsztaty?

W jednej ze swoich książek Jamie Sams – strażniczka tradycyjnej mądrości różnych ludów rdzennej Ameryki – pisze, że trening wojownika dopiero wtedy uznawano za kompletny, kiedy poprzez głodówki, odosobnienia i Taniec Słońca rozwinął również swoją  receptywną i intuicyjną stronę. Potwierdzeniem, że tak się stało, była wizja ujawniająca charakter „uzdrawiającej mocy” danego mężczyzny. Brak wizji oznaczał wewnętrzną dysharmonię, a bez osiągnięcia trwałej, wewnętrznej równowagi pomiędzy tym, co „męskie” i tym, co „kobiece” w mężczyźnie, wojownik nie miał szans na odegranie znaczącej roli w życiu plemienia. Nie mógł zostać wodzem, przywódcą, bo mógłby łatwo narazić całą społeczność na zniszczenie.
Tyle Jamie Sams. Możemy jednak zapytać jak my – urodzeni nad Wisłą - mamy szukać swojej uzdrawiającej mocy. Arnold Mindell twierdzi, że nie trzeba szukać daleko, że nośnikiem inspiracji bywają zjawiska najmniej oczekiwane i chciane, takie jak trudności w pracy, trudności w związkach, czy choroba - coś co zaburza naszą rutynę i zmusza do zmiany.  
Przy czym docieranie do sedna symptomu czy trudności odgrywa rozstrzygającą rolę dla odebrania przesłania, które ze sobą niesie. Potrzeba wiele odwagi, wytrwałości i pokory, żeby nie dać się zaślepić swoim „genialnym” teoriom i pozwolić się prowadzić.

Kto jest autorem tych sygnałów? Nasza nieświadomość? Siła wyższa? Jak to działa?

Jest wiele teorii jak to działa i wiele imion i nazw autora, a może autorki tych sygnałów, jednak chyba najważniejsze jest to, aby te sygnały odbierać i brać pod uwagę. To nie wymaga zamykania się w klasztorze na lata, ale wymaga rozwijania wrażliwości i uważności w każdej chwili. Taka praca, oprócz trudnych momentów niesie ze sobą wiele radości i zabawy.

Kobiety przebudziły się, dostrzegły i przyswoiły sobie swoją męską stronę. Przełamały stereotyp. Czy jeśli obudzimy także mężczyzn, nagle okaże się, że jesteśmy do siebie bardziej podobni niż nam się to wydaje?

Mam nadzieję, że tak. Przy wszystkich różnicach, jesteśmy do siebie podobni i marzę o świecie, w którym będziemy partnerami, którzy współpracują ze sobą, bo się wzajemnie szanują i cieszą swoją obecnością i odmiennością.

No ale zawsze pozostanie kwestia kto ma zmywać?

Oczywiście, ale to nie jest problem płci, tylko związków międzyludzkich. Podobnie muszą się dogadywać pary homoseksualne, czy grupy znajomych, mieszkających razem.

Co wpływa na to, że mężczyźni zostają pantoflarzami albo tyranami?

Ważnym elementem warsztatów, które prowadzę jest wspólne muzykowanie, zbiorowa improwizacja. Są trzy strategie, jakimi podążają uczestnicy. Można grać zupełnie po swojemu - wsłuchać się w siebie i nie zwracać uwagi na innych. Ale ktoś w końcu wstanie i powie: Słuchaj, przeszkadzasz mi! I już – mamy konflikt. Można też wsłuchać się w to, co grają inni i się kompletnie dostosować. Wielu myśli, że powinni zapomnieć o sobie i całą uwagę skupić na partnerce.

To najprostsza droga do uzależnienia emocjonalnego.

To najprostsza droga do nudy w związku i do zdrady, bo mnie w tym związku po prostu nie ma. Trzecia strategia, to grać na bębnie tak, żeby wyrażać to, co płycie przez mnie i równocześnie zauważać i brać pod uwagę to, co płynie przez innych. Tak rodzi się wspólnota i bliskość.

Kobiety, które wojowały o swoje prawa musiały być głośne żeby je usłyszano. Jeśli panom jest źle, czemu siedzą cicho?

Sztywny model męskości zabrania przyznawania się do tego, że mężczyzna sobie „nie radzi”, niekiedy wręcz uniemożliwia uświadomienie sobie swojej sytuacji. Jeżeli mężczyzna sobie nie radzi, to nie jest mężczyzną. Kropka. To jest potworna presja, która dociera do mężczyzny zarówno z zewnątrz – ze świata, od innych mężczyzn, ale i od kobiet – jak i od wewnątrz. To bezwzględne żądanie i niszcząca krytyka brzmi w umyśle chyba każdego mężczyzny – wszystkich, których spotkałem - i utrudnia lub wręcz blokuje możliwość porozumienia. Inną stroną tego samego zagadnienia jest bardzo głęboko tkwiące w wielu mężczyznach przekonanie, że się wszystko po prostu należy. Dotąd nie musieliśmy mówić o swoich potrzebach, o swoich uczuciach, dbać o swój rozwój. Dziś widać to szczególnie w małych miasteczkach i na wsiach: kobiety wyjeżdżają do szkół, kształcą się, chcą zmieniać swoje życie i robią to, a mężczyźni zostają sami i piją. Niszczą samych siebie i świat wokoło. Na przykład wycinając bezmyślnie las na wódkę. A jak nie mają własnego, to kradną. Przecież się należy.

Kiedy mężczyźni się wreszcie obudzą?

Wtedy, kiedy kobiety nie będą chciały przygarniać kolejnego sztywnego faceta z odzysku, serwować mu zupy i we wszystkim ustępować. Obudzą się, gdy będą musieli stanąć twarzą w twarz z tym, przed czym całe życie uciekają. To co tu mówię o mężczyznach, nie dotyczy oczywiście wszystkich, ale niestety wielu. I – co chyba oczywiste - nie tylko nas, mężczyzn.

 

 

O związkach i bliskości

Wywiad w nieco zmienionej formie, pod tytułem
„Facet z pistoletem”, ukazał się w Zwierciadle (maj, 2004) .

Kim jest facet z pistoletem?

Mężczyźni tak samo jak kobiety pragną miłości i są do niej zdolni, kochają i wyrażają swoja miłość na wiele sposobów, nie zawsze zrozumiałych dla kobiet. Tak samo jak kobiety pragną i boją się bliskości, bywają zablokowani. Na nasze wzajemne relacje wpływają mity, stereotypy i wzorce, duchy czasu, dziedzictwo życia rodziców, obecne w naszym życiu duchy zmarłych przodków, spuścizna poprzednich pokoleń. Gdy rozmawiamy ze sobą, to w tej rozmowie bierze udział wiele osób. I jak tu być blisko, w takim tłumie?

Ze Zbigniewem Miłuńskim, terapeutą procesowym, prowadzącym warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, a niekiedy dla mężczyzn i dla kobiet rozmawia Renata Arendt-Dziurdzikowska

- Magazyn „Elle” publikuje następujące badania: młode Polki oczekują od mężczyzn przede wszystkim czułości i opiekuńczości. To znaczy, że tego, na czym najbardziej nam zależy, od mężczyzn nie dostajemy.

- Z punktu widzenia tradycyjnej psychologii można powiedzieć, że takie postawienie sprawy zawiera projekcję. Wzorzec kobiety zmienia się tak bardzo – teraz ma być aktywna i niezależna - że kobiety tracą kontakt ze swoją uczuciowością. Ponieważ nie mają kontaktu z uczuciami, z tym co naprawdę się z nimi dzieje, chcą to dostać od mężczyzny, więc żądają: daj mi uczucia! Mężczyźni tak samo jak kobiety pragną miłości i są do niej zdolni, kochają na wiele sposobów. Tak samo jak kobiety boją się bliskości i są zablokowani nie dlatego, że są źli, tylko dlatego, że żyją w świecie, w którym obowiązuje określony model męskości: mężczyzna ma sobie radzić sam, ma być twardy i silny, uczucia i wrażliwość są dobre dla kobiet, artystów i dzieci. Żyjemy w świecie, w którym ważniejsze jest nauczenie się wzorów z chemii niż wzorów relacji międzyludzkich – jakie reakcje zachodzą, jakie katalizatory są potrzebne, żeby ludzie mogli się spotkać.

- Rzeczywiście, o kryzysie wzorców czytam wszędzie. Anthony Clare w wydanej niedawno w Wielkiej Brytanii książce „Męskość w kryzysie” pisze: „Płeć męska przechodzi do defensywy i nie zmienia tego fakt, że mężczyźni stanowią większość w parlamentach wszystkich krajów świata. Mężczyźni zachowują się jak koloniści, którym upada imperium.” „Sytuacja młodych facetów jest tak zła, że współczują im nawet feministki” – pisze „The Economist.” W polskiej prasie nieustannie czytamy o kryzysie związków, o przejmującej ludzkiej samotności, o niemożności komunikacji i bliskości. Musi być jakieś wyjście z tego impasu.

- Mówienie o „kryzysie” wzorców i „kryzysie” męskości sugeruje, że dzieje się coś niepokojącego czy wręcz złego. Sugeruje, że to, co było, było dobre, a obecnie się załamało; że samotność, niemożność komunikacji i bliskości wypływa z tego „kryzysu”. Ale czy rzeczywiście istnieje takie powiązanie? Czy rzeczywiście wzorce męskości i kobiecości były takie dobre, a współżycie płci tak udane, jak zdaje się sugerować takie postawienie sprawy? Dla mnie jest to pytanie raczej retoryczne i myślę, że to świetnie, że mamy kryzys tradycyjnych wzorców męskości, bo zauważam jak były i są niszczące nie tylko dla samych mężczyzn, ale i dla kobiet, nie mówiąc o reszcie planety, na której żyjemy. Moim zdaniem, potrzebujemy poznawać siebie, zmieniać wzorce, poszerzać własną świadomość i rozpoznawać sny, które nas śnią.

Weźmy na przykład związki. Po to, żeby lepiej rozumieć co się w nich dzieje odwołajmy się do stworzonej przez Arnolda Mindell’a, twórcy terapii zorientowanej na proces, pary pojęć: wysoki sen - niski sen, albo mówiąc inaczej: sen świetlany i mroczny. Słowa „sen” używa się tutaj w podobnym znaczeniu jak w wyrażeniu „American Dream” – w sensie „wyobrażenie, marzenie”. Czy chcemy tego, czy nie, niesiemy ze sobą takie „sny” i zwykle nawet tego sobie nie uświadamiamy, nie mówiąc już o ich treści. Śnimy sny ulepione z naszych wyobrażeń, oczekiwań i marzeń, wzorców kulturowych, mitów, obserwacji życia naszych rodziców, innych dorosłych, naszych rówieśników, filmów, które oglądaliśmy, programów telewizyjnych, lektur.

Tak więc , kiedy kobieta i mężczyzna spotykają się, dzieje się coś, co uaktywnia ich świetlane sny na temat idealnego partnera i idealnego związku: „To ona! Ona jest wyjątkowa. Dla niej i przy niej mogę wszystko! Ona mnie zrozumie.” Albo: „To on! Jest taki uważny i czuły! Rozumiemy się bez słów! Przy nim będę zawsze bezpieczna!” Wersji jest oczywiście wiele i są dużo bardziej skomplikowane. Tutaj staram się opisać sam mechanizm.

Jest więc cudownie, oczy się śmieją, krew krąży szybciej, kolory i dźwięki są takie intensywne. Mija jakiś czas i prędzej lub później jedno z partnerów robi coś, co wyzwala w drugim jej lub jego mroczny sen i lecimy w dół, spadamy ze szczytu fali: „To nigdy się nie uda! On mnie nie rozumie. Gdyby mnie kochał, zrobiłby to, o co mi chodzi bez proszenia! Mówienie o tym, czego potrzebuję upokarza. Byłam głupia, że mu uwierzyłam”. Jesteśmy albo na szczycie, albo w otchłani. I tak na przemian. W końcu nie wytrzymujemy i następuje rozstanie. Jeżeli nie, to zwykle huśtawka wygasa i nadal żyjemy razem, tyle że coraz bardziej zrezygnowani: „przecież nie można chcieć wszystkiego. Mamy dobry związek. Trzeba być realistą i zająć się tym, co naprawdę ważne, a nie jakimiś mrzonkami. Związek to domena kompromisu i rezygnacji, omijania raf i akceptowania tego, co możliwe”. I żyjemy tak aż do czasu, gdy jedno z partnerów spotka przypadkiem kogoś innego, kto „uruchomi” jej czy jego świetlany sen. Wtedy mamy pokusę i walkę wewnętrzną, albo romans i zdradę i znowu winny jest on lub ona, ale oczywiście nie ja. W rzeczywistości nie znamy siebie, nie znamy też osoby, z którą dzielimy swoje życie. Jest dla nas odbiciem naszych snów i nawet nie jesteśmy świadomi tego, co się tu właściwie dzieje.

- Co musiałoby się wydarzyć, żebyśmy przestali śnić?

- Nie jestem pewny czy to jest w ogóle możliwe, a nawet jeżeli byłoby możliwe, to czy byłoby to dobre. Wiem natomiast, że warto śnić świadomie. Warto poznawać swoje sny i przesłania, które nam przynoszą. Dlaczego gardzę tym mężczyzną? Dlaczego nie rozumiem tej kobiety? W związkach najczęściej wyrażamy jedynie niektóre uczucia. Gdy kobieta mówi: „jestem na ciebie wściekła, bo w ogóle się ze mną nie liczysz”, to wyraża swoją prawdę, ale raczej nie do końca. Co jest pod tą wściekłością? Gdyby dodała: „tęsknię za tobą, dlatego to mówię”, mężczyzna miałby szansę zareagować inaczej niż tylko się bronić. Mógłby odpowiedzieć: „Kochanie, jestem zablokowany, pomóż mi.” I to już byłoby wspólne odkrywanie, budowanie związku, a nie jałowe starcie. Jeśli zależy nam na bliskości, musimy odkrywać siebie, a szczególnie te obszary, których odkrywanie jest dla nas trudne, które są najmniej znane.

- Kocham cię, zależy mi, tęsknię, pragnę – wobec takich słów jesteśmy bezbronni, nadzy. Łatwo wówczas o zranienie.

- Takie ryzyko zawsze istnieje. Jednak jeśli nie ryzykujemy, nic się nie zmienia. Zostajemy okopani na swoich pozycjach.

Jakiś czas temu przyszła do mnie pewna para. Usiedli na kanapie, jak najdalej od siebie. Każde założyło nogę na nogę. Patrzą na mnie (nie na siebie) i mówią, że ich związek to koszmar, że kłócą się, ze ciągle walczą ze sobą. On mówi, że ma dosyć, ona ironicznie się uśmiecha. Zaczynamy analizować, co się dzieje, zadaję jakieś pytania. Nic się nie klei. „Bo ona jest jak jej ojciec, okropny facet...” „No tak, zdarza mi się wściec, ale dopiero kiedy on mnie do tego sprowokuje...” Milczą. W końcu on mówi, że już mu się nawet nie chce dalej mówić. Już tyle ze sobą gadali i nic z tego nie wynikło. Mówię więc: „Dobrze, przestańcie gadać. Coś zróbcie. Na przykład, poszukajcie w przestrzeni, w której się znajdujemy takich miejsc dla siebie, w których będzie każdemu z was dobrze i wygodnie.” Nic, ani drgną. W końcu mówią: „No to jak mamy rozwiązać nasze problemy? Przychodzimy do ciebie, żebyś nam powiedział, co mamy robić.” Jeszcze raz sugeruję to, co poprzednio. Znowu nic. Nawet nie drgną, a po chwili: „Przychodzimy do ciebie, żebyś nam coś poradził, to w końcu od czego ty jesteś specjalistą?” Teraz już walczą także ze mną. Mówię im: „Jestem specjalistą od dostrzegania tego, co się dzieje i mogę wam powiedzieć, co widzę. Widzę, że każde z was, chociaż deklaruje, że chce aby związek wyglądał inaczej, nie drgnie ani na milimetr. I to jest powód, dla którego wasza relacja jest tak zła, oboje okopaliście się na swoich pozycjach i prędzej umrzecie niż wykonacie jakikolwiek ruch. Każde z was uważa, że to właśnie to drugie powinno się zmienić. Czy to w ogóle jest związek? Czy wy w ogóle jesteście razem?” Po czym nastąpiło czterdzieści minut kłótni, walki która finalnie ogniskowała się wokoło tego, gdzie powinien stać nawilżacz: na podłodze czy na stole. Podczas tej walki pracowaliśmy nad odkrywaniem tego, że każde z nich robi to, co zarzuca drugiemu, ale u siebie tego nie dostrzega.

Często dzieje się tak, że to, co zarzucamy partnerowi lub partnerce, stanowi odzwierciedlenie dyskusji, która toczy się wewnątrz nas. Bliskość z drugim człowiekiem zaczyna się od bliskości ze sobą, od świadomości tego kim jestem, co ze sobą niosę, czego się boję, co wypieram. Chyba najbardziej samotni czują się ci z nas, którzy nie mają kontaktu z samymi sobą.

- To, co widać gołym okiem, to paraliżujący wręcz lęk przez penetracją trudnych obszarów w naszej świadomości.

- Nikt nas tego nie uczył. Nie mamy ani doświadczenia ani modelu jak to robić, a równocześnie przestrzeń psychiczna i kulturowa, w której żyjemy nie jest pusta. Mindell mówi o duchach czasu, które hasają wokół nas i używają nas do tego, żeby się „poprzez nas” wyrażać. To zmieniające się w czasie wzorce, którymi żyjemy, na przykład mit romantycznej miłości, społeczne stereotypy, co powinna kobieta, a co mężczyzna, co wolno, a czego nie; duchy naszych zmarłych przodków, bo one także są obecne w naszym życiu, spuścizna poprzednich pokoleń, dziedzictwo życia naszych rodziców. Gdy rozmawiamy z partnerką czy partnerem, to w rozmowie bierze udział mnóstwo osób. I jak tu być blisko w takim tłumie?

A jeszcze dochodzi do głosu wewnętrzny krytyk, który przybiera różne postaci i formy. Tu możemy go sobie wyobrazić – ten genialny pomysł pochodzi od Max’a Schupbacha, jednego z nauczycieli pracy z procesem - pod postacią faceta z przystawionym do naszej skroni pistoletem: „jesteś do niczego, siedź cicho; jeśli pokażesz jej, że rusza cię to, co do ciebie mówi, będziesz mięczakiem, nie wolno ci tego zrobić, bo wtedy ona cię skreśli. Kobiety kochają tylko prawdziwych, silnych mężczyzn.” Jeśli ujawnimy siebie, ten facet nas zastrzeli, a na dodatek niekiedy to, co on mówi, to prawda.

- Ale kobieta nie widzi żadnego faceta z pistoletem, nic nie wie o przodkach swojego mężczyzny, niewiele o jego rodzinnej spuściźnie. Widzi tylko, że nie może się z nim porozumieć.

- Tak, to prawda. Jednym z ważnych elementów wyznaczających pole, w którym dzieją się nasze związki jest mit romantyczny. Bardzo przejrzyście wyraża ten mit ballada „Romantyczność”, od pokoleń obecna w kanonie literatury, który każda młoda Polka i młody Polak znać powinni. Występują tam dwie postaci: Dzieweczka, która czuje oraz Mędrzec ze szkiełkiem i okiem. Ona czuje i już, a on nie czuje, ale za to wie, bo ma szkiełko i oko. I tak to się rozgrywa w wielu związkach i będzie nadal rozgrywać, chyba że ona oprócz czucia rozwinie również świadomość, a on znajdzie dostęp do uczuć i nauczy się je świadomie wyrażać. To, jak to jest obecnie czyni z obojga ofiary sytuacji i wręcz skłania do szukania „winnego” lub „winnej” w tym drugim.

Generalnie rzecz biorąc, potrzebujemy rozwijać świadomość, aby rozpoznawać głosy, które zagłuszają nasz wewnętrzny głos. Potrzebujemy uwolnić się od tłumu fałszywych doradców po to, żeby odnaleźć prawdziwych. Tego można się uczyć, to nie jest magia, niedostępna ezoteryczna wiedza. Duchy czasu są obecne w naszych słowach, zachowaniach, uśmiechach, w naszych bólach i chorobach. Jeśli masz z czymś problem, przyznaj się do tego, zaryzykuj, zdejmij maskę, stań naprzeciwko faceta z pistoletem, daj się zastrzelić i ujawnij, że zostałeś/zostałaś zabita/y. Zaryzykuj. Wydaje nam się, że jak przeczekamy, to samo się zmieni. Samo się nie zmieni. Nie mówię, że to jest łatwe, myślę również, że nie zawsze to jest możliwe, ale uważam, że nie ma innej drogi. Alternatywa jest mało atrakcyjna: rola ofiary, skazanej na znoszenie tego, co robią jej inni. Przyznaję - trudno odkrywać te głosy bez pomocy z zewnątrz.

- Zdaje się, że wszyscy potrzebujemy pomocy. Skąd weźmiemy tylu terapeutów?

- Sami stańmy się terapeutami. Kiedy decydowałem się na uczestnictwo w dwuletnich zajęciach stażowych terapii zorientowanej na proces, nie myślałem o tym, żeby zostać terapeutą. Poszedłem tam ze względów osobistych. Po kilkunastu latach treningu duchowego wciąż czułem, że w pewnych obszarach mojego życia panuje zastój, że jestem zablokowany. Poszedłem na ten staż – a właściwie to zostałem tam „zaciągnięty” - aby pomóc sobie. Dopiero później przyszło do mnie, że w moim przypadku bycie terapeutą jest dalszym ciągiem tego samego procesu, który sprawił, że znalazłem się na stażu. I tak to się nadal rozwija. Będąc terapeutą chcę i mogę pracować ze sobą i z innymi i w ten sposób pomagać sobie, swoim bliskim, i światu, a na dodatek cieszyć się życiem. Arnold Mindell – podobnie jak przedstawiciele wielu różnych duchowych tradycji - mówi, że chociaż każde z nas jest oddzielne, to jest taki obszar doświadczenia, gdzie wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani. Moje doświadczenie potwierdza to przekonanie.

Związki są doskonałą okazją, by zacząć żyć świadomie. Związki nas dopadają, czy tego chcemy, czy nie, i zmuszają, byśmy się zmieniali, rozwijali. Jesteśmy wobec nich bezradni. Możemy sobie roić na swój temat nie wiadomo co, ale gdy wejdziemy w związek, odczujemy trudności, które pokażą nam, w jakim miejscu swojego życia jesteśmy. Dopiero w spotkaniu z drugą osobą odkrywamy różne strony siebie.

Odkrywam, kim jestem i to mnie wzbogaca. Mogę doświadczyć tego, że rozumiem i czuję się rozumiany, mogę opowiedzieć o sobie i przyjąć opowieść, mogę wreszcie poczuć, że chcę służyć mojej kobiecie, mojemu mężczyźnie, bo ją, jego kocham, że nie muszę upierać się przy swoim. Nawet, jeśli czuję, że w moim związku są chwile udręki, to wiem, że bez tej udręki byłbym niekompletny, a moje życie niepełne.



Powrót do strony głównej

 

Z zawodu jestem położną

Wywiad przeprowadziła Karolina Monkiewicz,
Przegląd nr 44 (150), 4-11-2002, wydany pod nieautoryzowanym tytułem
„Macho to słabi mężczyźni”.

- Dlaczego robi Pan warsztaty dla mężczyzn? Czy dzisiejsi mężczyźni są słabsi i bardziej bezradni niż ich ojcowie?

- Mówiąc szczerze nie chcę tego oceniać. Nasi ojcowie żyli w zupełnie innym świecie, pod znakiem wojny, a potem socjalizmu i to była zupełnie inna rzeczywistość. Żyło się w niej kompletnie inaczej.

- A na zajęcia przychodzą bezradni?

- Na warsztaty przychodzą mężczyźni, którzy mają odwagę skonfrontować się ze stereotypem męskości jaki dominuje w naszym świecie, niekiedy narazić się na lekceważącą ocenę tych, którzy w tym stereotypie nadal tkwią. Zresztą prowadzę też zajęcia koedukacyjne i jest tak, że niezależnie od płci wkroczenie na nieznany teren wymaga odwagi i elastyczności, niekiedy determinacji. Dla mężczyzn jest to na ogół zdecydowanie trudniejsze, gdyż panujący model męskości zabrania bardzo wiele. Na przykład zabrania czuć i wyrażać uczucia, zwłaszcza niektóre.

- Po co są te warsztaty mężczyznom? Co im dają?

- Po pierwsze dają nie tylko mężczyznom. To, jak ktoś funkcjonuje w jednym obszarze życia pokazuje jak działa w innych i jakie są tego rezultaty. Jeśli idę do lasu i jest tam pełno śmieci, to mówi mi to, że żyję w świecie, gdzie ludzie po prostu wyrzucają to, co uważają za zużyte, czego już nie chcą. Tak świat zamienia się w śmietnik W obszarze psychicznym, dzieje się podobnie. Warsztaty są więc dla mężczyzn, ale to co się na nich dzieje dotyczy nie tylko mężczyzn i nie tylko im przynosi pożytek.

-Czego można się nauczyć na męskich warsztatach?

- Przede wszystkim eksperymentować i odkrywać nowe, mniej sztywne sposoby zachowania, doświadczania siebie i świata. Na przykład niektórym mężczyznom pomogły uwolnić się od nietwórczej, ogłupiającej pracy i znaleźć inne sposoby realizowania siebie również i w tym obszarze. Podczas warsztatów można uwolnić się od wzorców zachowania, które może kiedyś były użyteczne, ale już się przeżyły. Warsztaty pozwalają również uświadomić sobie własne dziedzictwo i się do niego przyznać. Dopiero wtedy można z niego świadomie korzystać: zaakceptować lub zmienić.

- Media załamują ręce nad mężczyznami: że są słabi, zdradzeni, że płeć brzydka się kończy, ze nie chcą się żenić...

- W 19. wieku każdy kolejny niemiecki filozof  ogłaszał koniec filozofii. Filozofii to nie zaszkodziło. Podobnie zapewne rzecz się ma z końcem męskości i innymi, tego typu rewelacjami.

- Nawiązując do filozofów, Hegel uważał, że każdy naród ma swoją epokę, kiedy to dana jest mu siła by przeprowadził jakąś misję. Może można to odnieść do płci - najpierw silniejsi byli mężczyźni a teraz będą kobiety?

- Ja bym ten przykład filozoficzny traktował bardziej jako dowcip. Choć rzeczywiście, świat się zmienia. Kobiety zachowują się dziś inaczej niż 15 lat temu, zresztą mężczyźni również. Jednak daleko jeszcze do tego, żeby kobiety zdominowały ten patriarchalny świat, w którym żyjemy. Mnie osobiście od ogólnych rozważań bardziej interesuje sama zmiana. Praca z procesem, którą się zajmuję, mówi, że zmiana jest potencjalnie dobra. Problem polega na czym innym: brak nam świadomości tego, co się wydarza, a to przynosi opłakane skutki.

- Kim jest prawdziwy mężczyzna?

- (śmiech) Nie mam pojęcia. Tak samo jak nie wiem, kim jest prawdziwa kobieta, prawdziwy człowiek czy prawdziwy Polak

-O nikim nie zdarzyło się Panu pomyśleć: "Cóż to za mężczyzna!"?

- W ogóle nie patrzę w ten sposób na świat. Nie szukam ideału, wzorca. Kiedy wyrwie mi się np."cóż to za cudowna kobieta", to bywa to reakcja na bardzo różne kobiety. Tak samo z mężczyznami. Bardziej myślę kategoriami "wspaniały", "interesujący" niż "prawdziwy". Bo to by oznaczało, że jest też mężczyzna "nieprawdziwy", czyli że jeden wzorzec należy przykładać do wszystkich ludzi i sprawdzać, kto ma doń bliżej. To jest mi całkiem obce.

- A kim są dla Pana mężczyźni, z którymi Pan pracuje? Klienci? Pacjenci?

-Na pewno nie pacjenci. Ludzie. Na początku nieznani, później - coraz bliżsi.

- Gdzie leżą granice odpowiedzialności psychologa? Oczywiście można komuś jedynie pokazać azymut, ale tym samym podkłada się kamyk, który może spowodować lawinę, wywrócić czyjeś życie do góry nogami.

-  Ja widzę to tak: jeśli nie wkładam kamyka, to również ponoszę odpowiedzialność. Myślenie, że "nicnierobienie" uwalnia od odpowiedzialności jest po prostu złudzeniem.. Niedawno temu byłem na Warmii w miejscu, obok którego przebiegała trasa rajdu samochodowego, tuż obok rezerwatu przyrody. Widzowie - jako że "organizator nie zabronił" - parkowali swoje samochody na terenie rezerwatu. Huk i smród pędzących aut niósł się na całą okolicę, a obok żyły sarny i dziki, wiele gatunków dzikich ptaków... Zadawano temu światu gwałt. Był we mnie totalny protest wobec tej sytuacji. Wściekły, sam, poszedłem na ten rajd, biorąc do ręki w geście bezradności kij. Zobaczyłem tłum, głownie mężczyzn i pomyślałem: no i co ja mogę zrobić? Oto pędzą przez las "silni" mężczyźni, podziwiani przez pozostałych, którzy marzą o tym, żeby być tacy jak tamci. Gdybym też marzył o "sile", mógłbym wybierać jedynie pomiędzy bezsilnością, czyli klęską i przemocą. Zacząłem z nimi rozmawiać. Reakcje były głównie obronne i lekceważące. Można powiedzieć, że to co zrobiłem, nie odniosło żadnego skutku. Z drugiej strony, gdy dzieje się coś, na co się nie godzę, to nie muszę się temu bezsilnie przyglądać i zatruwać nie wyrażonymi emocjami. Nie muszą też stosować przemocy. Mogę dać wyraz temu co czuję i myślę. W takim sensie odpowiedzialność jest bardzo ważna. Nie jako brzemię, którego waga paraliżuje, ale jako "odpowiadanie", udzielanie odpowiedzi temu, co napotykam.

- W Chinach ktoś, kto uratował życie drugiemu człowiekowi, stawał się odpowiedzialny za jego przyszłe czyny. Stąd wcale tak ochoczo nie ratowano tam życia

- Na szczęście nie jestem Chińczykiem (śmiech), a poza tym nikogo na swoje warsztaty nie namawiam, nie stosuję też przymusu. Jeśli ktoś ma ochotę, to świetnie.

- Jest też druga strona odpowiedzialności. Lansowany model "bierz życia w swoje ręce, życie masz tylko jedno" to dla wielu ludzi znakomity sposób na "umycie rąk" od obowiązków. W imię samorealizacji zostawiają partnera, czasem i dziecko.

- Niemalże wszystkiego można użyć jako usprawiedliwienia czy racjonalizacji. Można też zadać sobie pytanie: czy bycie w związku i wychowywanie dziecka nie jest jedną z dróg realizowania siebie? Z pewnością tak. Zatem, taka racjonalizacja to często zwykły unik..

- A jak wychować dziecko, żeby umiało wybrać swoją drogę życiową? No, na przykład syna, skoro mówimy o mężczyznach?

- Nie dysponuję taką receptą. Oczywiście przychodzą mi na myśl różne "dobre rady", ale chyba najważniejsze to chcieć je mieć- mam na myśli dziecko - już jak się je ma. Dzieci potrzebują czuć i wiedzieć, że są ważne, że są kochane, a tego nie można udać. Poza miłością, dzieci potrzebują wielu innych rzeczy, na przykład: swobody i równocześnie poczucia bezpieczeństwa, towarzystwa rówieśników. Wiem to z własnego doświadczenia, zarówno jako dziecka, jak i jako rodzica. Z żoną i naszymi dziećmi mieszkaliśmy w hotelu asystenckim w Toruniu, dookoła którego było mnóstwo zieleni. Wraz z tabunem innych, nasze dzieci mogły bawić się do woli i wiedziały równocześnie, że w każdej chwili mogą przybiec do nas, że mama lub tata są zawsze dostępni.

- A wychowanie tylko przez matkę? Często się słyszy "a, bo jego to mamusia wychowywała"

-  Istnieje wiele takich stereotypów psychologicznych: jak jest typem macho, to znaczy że ojciec się nim nie zajmował, a mama miała poczucie winy i była nadopiekuńcza. Są dziesiątki takich prostych recept psychologicznych: jak ktoś jest taki, to przeszłość miał taką, a zwłaszcza matkę. Życie jest dużo bardziej skomplikowane. Z drugiej strony, może się tak zdarzać, bo pierwszym najważniejszym wzorem, punktem odniesienia, jest dla dziecka rodzic, co nie znaczy, że tak musi zostać, że tego nie można zmieniać.

- Kiedyś wychowywano synów tak, że do siódmego roku zajmowała się nimi mama, a później pieczę sprawował ojciec

- Kultury rdzenne niosą ze sobą wiele ważnych treści. Jednak sam fakt, ze coś jest rdzenne nie oznacza automatycznie, że jest wysokiej jakości. W rdzennych tradycjach istnieją też wzorce patriarchalne, siekiera czyniony podział na mężczyzn i kobiety. Dawne czy nowoczesne - żadne z nich - samo przez się - nie jest gwarantem jakości.

- Podkreśla Pan, że nie należy trzymać się wzorców, stereotypów. Czy nikomu do niczego się nie przydają? Mam wrażenie, że tak jak kapitalizm jest dla zaradnych, tak świat bez stereotypów jest dla silnych psychicznie, bo oni się nie pogubią w życiu

- Stereotyp jest czymś co spłaszcza, z rzeczy wielowymiarowych czyni jednowymiarowe. Całe bogactwo świata, wszystko co można smakować w życiu, zostaje przerobione na kilka schematów, których można się trzymać, i których można używać jako oręża przeciwko wszystkiemu, co inne i nieznane, a to - jak wiadomo - bywa bardzo niebezpieczne. Stereotypy powstają po to, żeby chronić przed myśleniem i spotkaniami z nieznanym. Nie dają możliwości dokonywania odkryć. Równocześnie wywołują lęk, że nie uda mi się sprostać  wzorcowi: nie wyglądam, nie mam, nie jestem... Zresztą sam podział na słabych i silnych też jest rodem ze stereotypu. Można tu zapytać kto właściwie jest silny, a kto słaby? Jeżeli - jak to Pani mówi -"świat bez stereotypów jest dla silnych", to słaby jest ten kto stereotypu się trzyma, czyli np. macho, tzw. "silny mężczyzna", bo upiera się za wszelką cenę przy określonym wzorcu męskości.

- Czy nigdy nie miał Pan "reklamacji"? Nikt nie przyszedł z wyrzutem, że kiedyś żyło mu się spokojnie i miło, a teraz nie może sobie życia na nowo poukładać?

- Na szczęście nie i mam nadzieję, że tak zostanie. Z góry uprzedzam, że to co robię jest skuteczne i wspiera zmianę - nie tylko w czasie warsztatów, ale i w życiu. Moja rola, to rola położnej. Nie jestem mędrcem, ekspertem, który mówi jaki kierunek zmiany jest najlepszy. Jedynie towarzyszę w procesie ponownych narodzin i staram się, aby przeszedł możliwie bezboleśnie. 

- Odnoszę takie wrażenie... Czy tych warsztatów nie robi Pan czasem dla siebie?

- Oczywiście, bo to mój sposób na "sprzątanie lasu". Na to, żeby razem z innymi odkrywać co jest dla nas ważne, dzielić się doświadczeniami i móc wspierać tych, którzy tego chcą. Jeśli w tym świecie obowiązującym stereotypem męskości jest to, że mężczyzna zawsze daje sobie radę, jest twardy i silny - a w rzeczywistości sztywny - to ten wzorzec zupełnie mi nie odpowiada. W takim sensie robię te warsztaty dla siebie - żeby mi w tym świecie było lepiej.

-Dziękuję za rozmowę.



Powrót do strony głównej

Bohater, który śpi

Wywiad przeprowadziła Renata Arend-Dziurlikowska,
„Zwierciadło”, kwiecień 2002.

Silne kobiety potrzebują silnych mężczyzn? W podtekście brzmi oczekiwanie – niech mężczyźni zmienią się tak, jak my kobiety tego potrzebujemy, „macie być tacy, jakimi chcemy żebyście byli”. W ten sposób trudno zbudować partnerski związek - mówi Zbigniew Miłuński, filozof i terapeuta, trener, konsultant rozwoju organizacji w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską

- Kobiety – jak twierdzą socjologowie – już niemal na masową skalę szukają własnej tożsamości, zmieniają się. Już nie wystarcza nam przeglądanie się w oczach mężczyzn i tam jedynie szukanie potwierdzenia dla własnej wartości. Potrzebujemy silnych mężczyzn, partnerskich związków z mężczyznami. Coraz częściej dostrzegamy jednak, że nasze emancypacyjne pragnienia mężczyźni odbierają jako zagrażające. Pytają wprost: „Skoro kobiety stają się takie niezależne, to po co my jesteśmy?” Mamy więc kłopot – jak rozeznać się w zagubieniu mężczyzn? Co robić?

- Silne kobiety potrzebują silnych mężczyzn? W podtekście brzmi oczekiwanie – niech mężczyźni zmienią się tak, jak my kobiety tego potrzebujemy, „macie być tacy, jakimi chcemy żebyście byli”. W ten sposób trudno stworzyć partnerski związek. Jeśli chcemy żyć w związkach, które nie są zbudowane wedle powszechnego w naszej cywilizacji, patriarchalnego schematu dominacji i zależności, nie możemy stosować tych samych metod. W przeciwnym wypadku okaże się, że jedyna zmiana polega na tym, że teraz na górze jest mocna kobieta, która dyktuje mężczyźnie, co on ma robić, jaki ma być. Co więcej, gdy mówię: „masz być silna”, a ty podporządkujesz się mojemu żądaniu i staniesz się silna, to tym samym jesteś słaba – bo podporządkowałaś się mojemu żądaniu. Tak więc już sam użycie schematu „silny – słaby” utrudnia, a nie ułatwia zrozumienie tego, co się z nami dzieje; dokonanie zmiany staje się jeszcze trudniejsze.

- Dla mnie silny mężczyzna to nie ten, który dominuje, ale taki, który akceptuje to, że kobieta może stanowić o sobie, być wewnętrznie niezależna; który sam jest wewnętrznie niezależny. Także mówiąc o silnych kobietach, myślę o kobietach, które wiedzą, co jest dla nich dobre, decydują o sobie, a nie o takich, które sprawują władzę nad mężczyznami.

- Jednak w powszechnym rozumieniu siła równa się władza. W języku angielskim „power” to siła i równocześnie władza, także pozycja. A z władzą wiąże się przemoc. Czy chcesz powiedzieć, że kobiety, które decydują o sobie, potrzebują mężczyzn, którzy szanują ich decyzje?

- I nie czują się obrażeni i zagrożeni. Są silni, bo kochają.

- W rozumieniu przeciętnego Europejczyka siła to posiadanie dobrej pracy, stanowiska, samochodu i wpływu na innych, wynikającego z silnej pozycji społecznej. Tacy mężczyźni zwykle wyrażają swoją miłość ciężko pracując. Koncentrują swoją aktywność niemalże wyłącznie na budowaniu swojej „siły” – czyli pozycji – po to, żeby zadbać o siebie i swoich bliskich, czyli zaspokoić materialne potrzeby i stworzyć poczucie bezpieczeństwa. Tyle, że w rezultacie - jak ujmuje to Joseph Campbell, jeden z najwybitniejszych znawców problematyki mitów – z czasem odkrywają, „że drabina, na którą się wspięli jest oparta o niewłaściwą ścianę”.
W wielu rdzennych kulturach, na przykład u Tolteków, mężczyzna przede wszystkim budował swoją moc osobistą. To zupełnie co innego niż współcześnie rozumiana siła. Moc osobista to coś, co posiadam niezależnie od tego, czy mam samochód i odnoszę sukcesy. (Chociaż oczywiście sukces w świecie i moc osobista nie wykluczają się). Moc osobista wypełnia mnie i promieniuje na innych bez względu na to, jakie mam gadżety. Tutaj najważniejsze jest to, kim jestem; jakim jestem człowiekiem.

- Wynika z tego, że silne, niezależne kobiety potrzebują mężczyzn, którzy mają moc osobistą.

- Wszyscy potrzebujemy takich mężczyzn i takich kobiet – bo od tego zależy kształt świata, w którym chcemy żyć.

Model: Mężczyzna to ten, kto daje sobie radę

- Kobiety pracują nad swoją mocą osobistą, mężczyźni raczej niechętnie.

- Istnieją wzorce męskości, które bardzo utrudniają pracę nad sobą. Podstawowy stereotyp brzmi: mężczyzna to ten, kto daje sobie radę. Prawdziwy mężczyzna nie szuka pomocy, ponieważ sam powinien wiedzieć. Jeśliby zaczął pracować nad sobą, to by znaczyło, że nie daje sobie rady, a więc nie jest mężczyzną.
Zgodnie z takim modelem mężczyźni powinni zajmować się „sprawami poważnymi”, czyli budowaniem i ochroną swojej pozycji-siły. Muszą walczyć o przetrwanie, bo świat jest „polem walki”, muszą wygrywać. Muszą być lepsi, bo słabsi „znikają z rynku”. Taki jest świat. I taki też jest tradycyjny podział zadań od co najmniej pięciu tysięcy lat. Domeną mężczyzn jest „świat”, czyli „walka i polowanie”, a domeną kobiet „dom”, czyli „uczucia, troska o innych i o siebie”. To bardzo sztywny, jednostronny podział. Mężczyźni i kobiety nie realizują wielu aspektów siebie, ponieważ przez tysiące lat odgrywali tylko takie role. Pomimo wielu zmian ten podział jest nadal bardzo głęboko zakorzeniony. Na przykład przekonanie, że świat jest „polem walki” sprawia, że świat właśnie taki jest. Mężczyźni żyją średnio osiem lat krócej od kobiet, chorują na serce, na choroby psychosomatyczne, ale nadal lekceważą swoje najgłębsze potrzeby.

Miałem taką cudowną żonę

- Wyobraź sobie, że przychodzi do ciebie mężczyzna i mówi: „Miałem taką cudowną żonę – podporządkowaną, bezradną. Byłem dla niej autorytetem, wyrocznią. A teraz? Chodzi na jakieś spotkania z kobietami, zamierza pójść do pracy, o nic mnie nie pyta, przestałem być ważny. Co mam robić?”

- Takiemu mężczyźnie oczywiście rozpada się świat. Żył w takim modelu męskości – mężczyzna jest głową rodziny, przywódcą stada, opiekuje się słabszymi, czyli dba o kobietę i dzieci, ustanawia porządek, decyduje. Teraz zderza się z czymś trudnym – w jego poczuciu została zakwestionowana jego męskość. Zapytałbym takiego mężczyznę czego pragnie, na czym mu naprawdę zależy. Gdyby odpowiedział, że chciałby, aby sytuacja była taka jak przedtem, poradziłbym mu, żeby poszukał sobie innej kobiety. To oczywiście prowokacja, ale niestety tak właśnie robi wielu mężczyzn. Robi, bo może, bo nadal istnieją kobiety, które akceptują patriarchalny model. Tak więc, jeśli taki mężczyzna nie będzie się zmieniał, a kobieta będzie nad sobą pracować, to ich związek prawdopodobnie się rozpadnie. Prawdopodobnie, bo związki są jednym z najbardziej tajemniczych obszarów naszego życia i formułowanie generalizacji na ich temat jest bardzo ryzykowne.
Zatem to, co bym zrobił, to przede wszystkim uświadomił bym mężczyźnie, który do mnie przychodzi, co się dzieje, w jakim punkcie jest jego związek i jego życie. Bowiem decyzja należy do niego, nie do mnie. Decyzja, co on chce zrobić ze swoim życiem, bo to jest jego życie i jego zmaganie.

- Załóżmy jednak, że zależy mu na kobiecie, która teraz tak bardzo się zmieniła; chce z nią być.

- To wspaniała, choć zwykle wcale niełatwa sytuacja i to dla obojga. Układ w jakim żyli, który wydawał się taki oczywisty, przestał funkcjonować. Dopóki działał, działał. Dzień następował po dniu. Nie było powodu, żeby go kwestionować, choć nie był idealny. Oboje wiedzieli co mają robić i jak mają żyć. Tyle, że teraz ta usypiająca oczywistość znikła. Zrobiło się niewygodnie, trudno. Ona się zmieniła i widać wyraźnie, że nie ma powrotu do starych schematów i ról. Jeżeli – jak mówisz – oni chcą ze sobą być, mają tę intencję i wolę, to otwiera się przed nimi możliwość stworzenia związku, w którym każde z nich będzie mogło realizować siebie. Skoro kobieta już to robi, to czas na mężczyznę. Musi zadbać o siebie. Ważnym elementem warsztatów, które prowadzę dla mężczyzn jest praca z baśniami. Mity i baśnie opisują modele, struktury świata, wzorcowe sytuacje, w których żyjemy. Są zbiorowymi snami, które nas śnią, ale również mogą stać się lustrami, w których możemy się przeglądać i dokonywać odkryć – co jest dla mnie ważne? kim jestem? O co mi chodzi? Co mi sprawia radość? co daje poczucie pełni? Dają wskazówki jak tę pełnię osiągać. Mówią na przykład, że nawet wtedy, kiedy bohater zawodzi – powiedzmy, ma wyzwolić zaklętą królewnę i trzy razy pod rząd przesypia czas próby, bo zła czarownica podsuwa mu kielich wina – to samo podążanie za wezwaniem, które usłyszał, zmienia sytuację – księżniczka wraca do ludzkiej postaci, choć nadal pozostaje niedostępna – i historia może toczyć się dalej, a sam bohater uzyskuje nowe, nieznane sobie wcześniej możliwości – niewyczerpane źródło pokarmu i już nic go nie zwiedzie i nie uśpi. Będzie mógł w końcu zauważyć obecność złodziei, którzy okradają go z tego, co umożliwia dotarcie bez wysiłku na szczyt szklanej góry.

Życie dzieje się naprawdę

- Niejedna z nas wysłałaby swojego mężczyznę na warsztaty dla mężczyzn...

- „Wysyłanie” swojego mężczyzny na warsztaty dla mężczyzn, to nie jest dobry pomysł, tak samo jak „wysyłanie” żony lub dziewczyny na warsztaty dla kobiet. Co więcej, wielu mężczyzn może to odebrać nie jako wyraz miłości i troski, ale jako dodatkowe zadanie, którym zostają obarczeni: „Przecież układ był jasny. Mam wypełniać swoją rolę i robię to. Spełniam to, czego się ode mnie oczekuje – daję sobie radę, dostarczam poczucia bezpieczeństwa, zarabiam, zajmuję pozycję w społeczeństwie. O co jeszcze chodzi? Przecież resztą miałaś się zająć ty i teraz dodatkowe zadania? To nie fair, a poza tym nikt mi nigdy nie mówił, że mam być w kontakcie z sobą, rozwijać wnętrze.”

- „No więc ja kobieta teraz ci to mówię.”

- Niestety to za mało, a niekiedy wręcz za dużo. Nie wystarczy, że mężczyzna usłyszy z ust kochanej kobiety – „zwalniam cię ze spełniania obowiązującego modelu męskości”.
To proste zapewnienie nie wystarczy. Trzeba czegoś więcej, żeby on mógł sam siebie zwolnić, a bez tego nie nastąpi żadna zmiana.

- Byłam przekonana, że kobieta, która się rozwija, odkrywa swoją moc, jest wybawieniem dla mężczyzny. Co to za przyjemność dźwigać całe życie na plecach kobietę bezradną i uzależnioną?

- To prawda, że rozwój kobiet jest wielka okazją również dla mężczyzn. Potencjalnie umożliwia mężczyznom wyjście ze sztywnej roli, jaką narzuciła im kultura. Co nie znaczy jednak, że będzie się to działo bezboleśnie.
Żyjemy w świecie, w którym od tysięcy lat mężczyźni mają uprzywilejowaną pozycję. Socjologia zna taką prawidłowość – ten, kto ma przywileje, nie zauważa, jak uprzywilejowaną pozycję zajmuje, ponieważ nie musi tego widzieć. Chroni go wysoka pozycja. Mężczyźni już na starcie byli wygrani ze względu na płeć. Wielu z nas ma więc głęboki nawyk niedostrzegania, niechęć do zabrania się za siebie.

- Jacy mężczyźni uczestniczą w warsztatach?

- Ci, którzy chcą spotykać się z innymi mężczyznami, odkrywać co to znaczy być mężczyzną we współczesnym świecie, jak wieść bardziej satysfakcjonujące, bogatsze i pełniejsze życie. To bywa na początku trudne, ponieważ w naszej kulturze nie ma takiego modelu, żeby mężczyźni byli ze sobą, chyba że idą na piwo albo na mecz piłki nożnej. Współcześni mężczyźni bardzo często nie wiedzą, co czują, nie wiedzą, czego naprawdę chcą. Wiedzą, jakie mają podstawowe potrzeby – zjeść, kupić samochód, odnieść sukces.
W naszej kulturze trening młodego mężczyzny nie polega na tym, aby odkrywał, czego pragnie, tylko na tym, żeby spełniał określony wzorzec, tak naprawdę tylko to się liczy. Wielu młodych mężczyzn nie potrafi wchodzić w trwałe związki emocjonalne. Ojcowie nie pokazali chłopcom, na czym polega głęboki związek z kobietą. Zresztą nie uchylili rąbka wielu innych ważnych tajemnic. Nie pomogli zrozumieć i poczuć, że jesteśmy częścią większej całości. Nie ujawnili, że paradoks bycia pełnym i spełnionym człowiekiem polega między innymi na akceptacji własnej niekompletności. Jeżeli jestem sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem i pępkiem świata, to zawsze będę się czuć niespełniony; będę skazany na głód, którego zaspokojenie nie ma końca. Dopiero, gdy odkryję, że jest coś większego, co mnie przekracza, do czego przynależę i czemu mogę służyć, wtedy odkrywam swoją pełnię. Nie muszę nad nikim dominować, nie muszę się od nikogo uzależniać.
Najkrócej mówiąc warsztaty dla mężczyzn, które – co mam nadzieję jest już jasne – nie są terapią, choć mogą i taką funkcję spełniać; są po to, abyśmy za ileś tam lat nie mieli poczucia, że zmarnowaliśmy życie, że czegoś nie wypełniliśmy, nie doświadczyliśmy, nie poznaliśmy. Abyśmy poczuli, że wybory, których dokonujemy, niosą ze sobą konsekwencje; że to, co dzieje się teraz, dzieje się naprawdę, a czas który biegnie, kiedyś się dla nas skończy.

Potrzebuję, zależy mi, chciałabym

- Czy my, kobiety, jesteśmy w stanie zrobić cokolwiek, aby nasi mężczyźni zobaczyli wreszcie, że model męskości, w którym żyją ogranicza ich, a często wręcz zabija?

- Najważniejsze, co kobiety mogą zrobić dla swoich mężczyzn to rozwijać siebie. Na pewno nie wysyłać na terapię. Jasno wyrażać swoje potrzeby i uczucia. Zaczynać od siebie: jeśli chcę, żeby on rozmawiał ze mną, zaczynam rozmawiać z nim. Żądanie: „masz ze mną rozmawiać” jest z góry skazane na fiasko. Jest też przerzucaniem ciężaru wejścia w nowy obszar na partnera. Zostawiać czas i przestrzeń na dokonanie się zmiany. Najgorsze, co można zrobić, to sytuować się po drugiej stronie barykady: „ja cię teraz będę zmieniać.” Nie popychać, nie naciskać, nie zmuszać. Ale też dawać wyraz swoim potrzebom i oczekiwaniom. Jeżeli chcę czegoś, coś jest dla mnie ważne, jasno komunikuję – tego właśnie pragnę. To co innego niż „masz to zrobić”. Potrzebuję, zależy mi, czasami wręcz nie zniosę już tego dłużej. Partner z całą pewnością to słyszy, chyba że naprawdę jest kimś z kim trzeba się po prostu rozstać. Reakcja może nie być natychmiastowa – to, co dzieje się między ludźmi, jest procesem, który się toczy. Niekiedy reagujemy ostro, ale ważne jest skąd wypływa nasza reakcja. To się zawsze czuje. Z jakiego poziomu mówimy? Czy naprawdę kieruje nami miłość. Miłość do siebie i miłość do niego. W naturze miłości leży to, że nie jest zachłanna, nie buduje więzień, wręcz przeciwnie - wspiera i daje siłę.



Powrót do strony głównej

Wywiad dla Gazety Wyborczej

Wywiad przeprowadził Sebastian Łupak,
Gazeta Wyborcza - Trójmiasto, 29 listopada 2002

Wywiad ukazał się pod nieautoryzowanym tytułem „Płakać - męska to rzecz”.

Organizuje Pan warsztaty dla mężczyzn. Czy podczas ich trwania mężczyźni zbierają się w kółko i płaczą jak „baby", jak to im źle na świecie? Żalą się nad sobą i swoim złym losem?

- No, cóż. Płacz nie jest najgorszą rzeczą jaka może się przydarzyć mężczyźnie. Niekiedy bywa najlepszą. Natomiast rzeczywiście znam wielu mężczyzn, którzy „żalą się nad sobą i swoim złym losem”, szukając winnego wszędzie tylko nie w sobie, ale to nie są ci, którzy uczestniczą w warsztatach dla mężczyzn.

Dlaczego nie?

- Dlatego, że tacy mężczyźni myślą właśnie takimi kategoriami jakimi operuje Pańskie pytanie. Kategoriami, wedle których „baba” ma najniższą rangę i wszystkie „kobiece” zachowania są „mężczyźnie” zabronione. Tego rodzaju myślenie w formie najpełniejszej, najbardziej konsekwentnej można spotkać w kryminalnych społecznościach więziennych, którymi rządzi przemoc. Zgodnie z tym modelem męskości wszystko wokoło jest ”winne”, tylko nie ja. Nie mogę pozwolić sobie nawet na samą myśli, że może być inaczej, bowiem grozi to natychmiastową kompromitacją i degradacją w hierarchii na najniższy szczebel - szczebel „baby”.

Jacy więc mężczyźni do Pana trafiają?

- Na warsztaty przychodzą mężczyźni, którym o coś chodzi, którzy mają odwagę konfrontować się ze stereotypem męskości jaki dominuje w naszym świecie, niekiedy narazić się na niezrozumienie i lekceważącą ocenę tych, którzy w tym stereotypie nadal tkwią. Nie jest to łatwe, tym bardziej, że panujący model męskości zabrania bardzo wiele.

Na przykład czego zabrania?

- Na przykład zabrania myślenia i zachowania wypływającego z bardziej skomplikowanej siatki pojęciowej niż prosty schemat dzielący świat wedle par przeciwieństw siła-słabość, sukces-porażka, bohater-tchórz, swój-obcy.

W jaki sposób pomaga Pan znaleźć mężczyznom to, czego szukają? Jak wyglądają zajęcia?

- Zajęcia to intensywna praca nad sobą, czerpiąca inspiracje z mądrości rdzennych kultur, mitów i baśni, psychologii zorientowanej na proces, której twórcą jest Arnold Mindell. Mindell - żyjący fizyk i psycholog - zaczynał od pracy ze snami i analizy jungowskiej, z czasem stworzył nowy paradygmat rozumienia świata i siebie i stosuje go z powodzeniem w praktyce, zarówno do pracy z jednostkami, jak grupami i społecznościami, wspierając w ten sposób zmianę i minimalizując koszty jej dokonania. Tak więc to, co dzieje się na warsztatach obejmuje pracę z ciałem i z głosem, ze snami i relacjami, ze światem. Polega na rozwijaniu umiejętności bycia sobą w nieinwazyjny – to znaczy szanujący granice innych – sposób, zawsze i w każdych warunkach, odkrywana i wnoszenia do świata tego, co jest dla mnie ważne oraz odkrywania tego, że jestem częścią większej historii.

Większej historii, czyli czego?

- To jest właśnie jedna z rzeczy do odkrycia, a nie przeczytania w gazecie.

Chyba zdaje Pan sobie sprawę, ze sam fakt zebrania się mężczyzn w „kółku", i to nie po to, żeby mówić o d... i futbolu, jest podejrzany. Twardziele powiedzą w najlepszym razie: to jakieś mięczaki. Skąd taki stereotyp i czy mężczyźni rzeczywiście boją się zapisywać na kurs?

- Skąd taki stereotyp? A co sprawia, ze formułuje Pan swoje pytania w taki, a nie inny sposób? Dlaczego dzieli Pan mężczyzn na „twardzieli” i „mięczków”, mówi „baby” i „chłopy”? Kogo właściwie Pan wyśmiewa i po co? Czy mężczyźni boja się zapisywać na kurs? To się z pewnością zdarza, ale raczej tym, którzy tkwią w tym stereotypie męskości, o którym Pan mówi, bo ten stereotyp zabrania odkrywania nowych sposobów zachowania, utożsamiając poznawanie siebie i rozwój ze „słabością”. „Prawdziwy” mężczyzna prędzej umrze niż się do niej przyzna.

Nie chcę nikogo wyśmiewać. Wydaje mi się po prostu, że taki stereotyp istnieje i jest wśród mężczyzn bardzo silny. Pan chyba to potwierdzi. Zapytam jeszcze raz: skąd ten stereotyp? Czy to wychowanie o tym decyduje, czy może tradycja mężczyzny żołnierza, kibica piłkarskiego, mistrza podbojów łóżkowych?

- Z neolitu kiedy jedna horda pierwotna napadała drugą...

Czyli walczymy z instynktami pierwotnymi?

- Dlaczego walczymy? Jak Pan sądzi, skąd ta kalka, że jak zmiana, to tylko walka?

No, dobrze: stopniowo zmieniamy instynkty pierwotne...

- I krok po kroku przekształcamy wzorce patriarchatu w kierunku tego, co Mindell nazywa „głęboką demokracją”.

Czy musimy się pogodzić z tym, że czasy patriarchatu się skończyły, że mężczyzna już nigdy nie będzie głową rodziny, a żona będzie w domku grzecznie czekała z obiadem? Może da się jednak z powrotem zapanować nad kobietami?

- Mam nadzieję, że się nie da, gdyż patriarchat szkodzi i to zwłaszcza mężczyznom. Uczy niewrażliwości. Jak już mówiłem - ale doświadczenie uczy mnie, że jeden raz to zdecydowanie za mało - zmusza do myślenia wyłącznie w kategoriach siły i słabości; zmusza do ciągłego kontrolowania, ogniskowania uwagi na tym kto jest górą, a nie na tym co jest dobre; usztywnia postawy, zmusza do patrzenia na świat tak jakby był polem bitwy, obszarem podboju. Sprawia, że tak trudno jest nam wyjść poza własny, wąsko pojmowany interes. Operuje niemalże wyłącznie związkami pionowymi – szef-podwładny, głowa rodziny-cała reszta – nie pozostawiając pola na partnerstwo.

Czy w dzisiejszych „twardych" czasach, kiedy rządzą łokcie, kark, pieniądze, cwaniactwo, mężczyźni dobrze zrobią szukając w sobie pokładów "łagodności, czułości, miłości"? Czy na takich warsztatach nie powinno się raczej uczyć mężczyzn bezczelności, przebojowości?

- W Pańskich pytaniach tkwi sugestia, że siła to bezczelność i tzw. przebojowość, a „łagodność, czułość i miłość” to objawy słabości. Jednak, jak pokazują medyczne statystyki tzw. „odporni faceci” , których nic nie zmoże, zużywają się szybko. Pytanie brzmi komu na czym zależy i jaką cenę za to płaci oraz czyim kosztem to osiąga. Już samo ustawienie problemu w obrębie skali siła-słabość uniemożliwia wyjście poza stereotyp, który jest autodestrukcyjny.

Zapytam więc: komu na tym zależy i jaką cenę płaci?

- Ci, którym zależy na podtrzymywaniu zgodności ze stereotypem płacą autodestrukcją, bowiem najważniejsza staje się realizacja określonego obrazu siebie, a nie siebie. To pociąga za sobą przymus kontrolowania i siebie i otoczenia, bo najłatwiej – na pozór – sprawować kontrolę kiedy zajmie się pozycję dominującą. Co więcej, to wyobrażenie, które określa jaki powinienem być jako mężczyzna lansuje sztywną postawę nakazującą nieustanną aktywność, dominację i bezkompromisowość, wyklucza natomiast przyjaźń – bo ta wymaga zakazanych uczuć – bliskość i troskę, zwłaszcza wobec samego siebie, bo to wszystko jest „kobiece”. Zwykle dochodzi do tego racjonalizacja, że wymaga tego ode mnie coś zewnętrznego: rodzina, świat, sytuacja. Rezultat spotykamy na każdym kroku: frustrację, agresję, depresję i zdewastowany, zaśmiecony świat, w którym żyjemy.

Czy kapitalizm nie wyklucza jednak relacji partnerskich, bo musimy współzawodniczyć z innymi o pracę, pieniądze, sukces, promocje?

- To jest właśnie przykład racjonalizacji, dzięki której możemy nie zauważać, że - jak to ujmuje jeden z moich przyjaciół, Paweł Górski - „sami jesteśmy kowadłem swojego losu”. W komunizmie była inna wersja tej samej piosenki, że „trzeba się zapisać do partii, bo każdy się zapisuje” i trzeba kraść, bo „wszyscy tak robią, a poza tym to państwowe, znaczy przecież niczyje”.

Jaki wpływ na Pana postawę ma feminizm? Czy mężczyźni powinni określić swoje role na nowo po zapoznaniu się z filozofia i postulatami feministek? Czy nowoczesny mężczyzna to przyjaciel feministki?

- Mam poczucie, że niewiele wiem o feminizmie. Większość mężczyzn, których znam wie jeszcze mniej. Zwykle mówiąc o feminizmie operujemy fałszywymi, umniejszającymi stereotypami. Ciekawe co nas do tego skłania? Jednak to co wiem o feminizmie sprawia, że odczuwam szacunek i sympatię wobec feminizmu i feministek. Wielką zasługą tego ruchu jest na przykład to, że zmusił nas mężczyzn do zmiany naszych seksistowskich postaw; że zmienił nas i nadal zmienia na lepsze, pomimo tego, że jest tak nie rozumiany i źle traktowany, zwłaszcza w Polsce.

Czy reklama pokazująca sportowca, siłacza, biznesmena szkodzi mężczyznom? Czy powinno być więcej obrazów pokazujących mężczyznę malarza, poetę, w kuchni nad zmywaniem?

- Uważam, że najbardziej szkodliwy jest sam podział na sportowców, siłaczy i biznesmenów z jednej oraz malarzy i poetów z drugiej, nie mówiąc już o schemacie, że jak mężczyzna w kuchni, to przy zmywaniu.

Ktoś jednak musi pozmywać, a kobiety narzekają właśnie na to, że mężczyźni nie pomagają przy pracach domowych.

- No cóż, mówienie, że „kobiety narzekają, że mężczyźni nie pomagają przy pracach domowych” jest męskim sposobem unikania realnego problemu, którym jest zrzucanie odpowiedzialności za dom, atmosferę w domu i klimat uczuciowy panujący w rodzinie na kobiety.

Czy współczesny związek musi być terenem walki płci? Kobiety walczą o swoje. mężczyźni o swoje, każdy ma cos do udowodnienia., czy da się jeszcze współpracować? Może przyszłość to model szwedzki, gdzie rozwodzi się więcej niż 50 procent małżeństw? Życie osobne, przelotne związki, może to jest przyszłość dla obu silnych płci?

- Płci nie są ani silne ani słabe. Powtórzę raz jeszcze: porządkowanie świata wedle skali silny-słaby niczego nie wyjaśnia i nie pomaga zrozumieć przemian, które mają miejsce. Można na przykład powiedzieć tak: to, że mężczyzna od tak dawna dominuje w świecie sprawia, iż obecnie jest tak słaby i sztywny. Choć świat się zmienia, to on z samobójczym uporem trzyma się dawno zgranej płyty siły i słabości niszcząc w ten sposób siebie, swoich bliskich i świat, w którym żyjemy. Nie wiem jaka będzie przyszłość. Widzę z grubsza jaka jest teraźniejszość i nią się staram zająć.

Czy mógłby się pan pochwalić swoimi sukcesami. Dać konkretne przykłady mężczyzn, którzy coś dzięki Panu odkryli, zmienili się, a może uzdrowili swoje relacje ze światem i kobietami?

- Nie, bo mężczyźni, z którymi pracuję i to co robimy jest dla mnie ważniejsze niż tzw. sukces czy porażka. Jeżeli chciałby Pan wiedzieć czy i co innym mężczyznom dały i dają warsztaty, to nie mnie powinien Pan o to pytać. Podstawową zasadą, którą kieruję się w tym co robię jest szacunek, a nie traktowanie kogokolwiek – siebie czy innych – przedmiotowo, jak towar na sprzedaż.



Powrót do strony głównej

W kręgu mężczyzn

Tekst: Renata Arendt-Dziurdzikowska, zdjęcia: Mikołaj Czyż
Zwierciadło -
styczeń, 2004

Poznałam mężczyzn, którzy mówią o wewnętrznym szczęściu, miłości i zaufaniu do sił życia; o smutku, rozpaczy i tęsknocie. To są jacyś nowi mężczyźni – skomentowała przyjaciółka

Pięć lat temu Zbigniew Miłuński – 49 lat, filozof, terapeuta, trener budowania zespołu w biznesie, wcześniej nauczyciel akademicki, monter wysokościowy, stolarz, dyrektor eksperymentalnego liceum społecznego, tłumacz z angielskiego, szef agencji reklamowej – po raz pierwszy bodaj pomyślał o prowadzeniu warsztatów rozwoju osobistego dla mężczyzn. Od zaprzyjaźnionych kobiet słyszał: „A może byś tak poprowadził jakieś zajęcia dla facetów? No, zrób coś, bo my już z nimi nie wytrzymujemy”. Odmawiał. Wiedział, że taki punkt wyjścia już z góry skazuje całe przedsięwzięcie na fiasko. Teraz śmieje się: „Zdaje się, że zrobiłem te warsztaty dla siebie”. Brakowało mu mężczyzn. Złościli go i równocześnie tęsknił za nimi – być razem, bez obawy i równocześnie konieczności chowania się za gardę, bez lęku przed krytyką lub wyśmianiem. „To była tęsknota za sobą – mówi dzisiaj. – Za poznaniem siebie. W kontaktach z innymi napotykamy na te strony siebie, do których nie mamy dostępu”.
Co przeszkadza mężczyznom spotkać się ze sobą i z innymi mężczyznami? „Wzorce i role, które przygotował dla nas świat, w którym się rodzimy – mówi Zbyszek. „Na przykład wzorzec wojownika. Dla wojownika świat jest wrogi i zagrażający. Jest podzielony na swoich i obcych. Obcych trzeba zwyciężyć, podporządkować lub usunąć. To jedyny sposób gwarantujący przetrwanie. Wróg może czaić się wszędzie. Muszę więc kontrolować otoczenie i siebie samego, bo przecież, największym wrogiem jest własna słabość. Dopiero wtedy, kiedy zdobędę dominację, mogę się nieco rozluźnić i z wyższością rozejrzeć wokoło. Obecność tych, których sobie podporządkowałem nie pozwala mi dostrzec, jak bardzo jestem samotny. Nieważne. Aby przetrwać, muszę i tak walczyć. To jest zabójczy model. Skazuje mężczyzn, kobiety i dzieci na samotność, autodestrukcję, niszczy przyjaźń, związki z bliskimi, świat, w którym żyjemy. Zabija radość życia. Ma wiele wersji i odmian. Pojawia się w różnych przebraniach, również w przebraniu duchowego rozwoju.”

Jeszcze tylko rok, potem pożyję
Różni mężczyźni między dwudziestką a pięćdziesiątką – biznesmeni, nauczyciele, psycholodzy i artyści, jest wśród nich i dyrektor finansowy korporacji, i grafik, i chemik, i przedsiębiorca budowlany – spotykają się raz w miesiącu na weekend, siadają w kręgu, bo w kręgu nie ma uprzywilejowanej pozycji. To jest coś tak niesłychanie nowego, że trudno o tym opowiedzieć. Spróbują jednak.
Jacek Chołuj (46 lat, biznesmen z branży meblowej) zanim dwa lata temu trafił do kręgu, umierał: „Wydawało mi się, że jestem niezniszczalny, nieśmiertelny; że mogę dokonać wszystkiego. Aż nagle świat mi się rozpadł”. W latach 90. był w trójce najlepszych krajowych menedżerów. Wyjazdy na Majorkę, budowa domu, dla dzieci karate, narty, żagle. Misja: zapewnić rodzinie szczęście. Ale szczęścia nie było. Nie było radości. Niedziela, najsmutniejszy dzień, który nie wiadomo, czym wypełnić. Jeszcze tylko ten rok, jeszcze zrobię to, kupię tamto, a potem odpocznę, pożyję, wszystko się ułoży. Awansował, został dyrektorem handlowym organizacji. Ale ciało odmówiło współpracy. Leżał sparaliżowany, przerażony. Czuł, że umiera dosłownie, fizycznie. Szpital. Widział, jak umierają inni. Zrozumiał, że wiele zagubił – kontakt z prawdziwym światem, więź z żoną, z dziećmi. Próbował się ratować – joga, ćwiczenia na siłowni, jazda na rowerze do utraty tchu, antydepresyjne leki. Przynosiły chwilową ulgę, ból w środku pozostał. Co się ze mną dzieje? Dlaczego mi się to przytrafia? – z tymi pytaniami trafił na konsultacje do Miłuńskiego. Ten zaproponował mu miejsce w kręgu dla mężczyzn. Jacek: „Nie wahałem się. Już po kilku minutach kontaktu ze Zbyszkiem wiedziałem, że jest moim przyjacielem, że zależy mu na mnie”.

Tęskniąc za męskim światem
Bartek Kozłowski (28 lat, pracuje w banku) do kręgu trafił dzięki naszemu pismu (po przeczytaniu wywiadu ze Zbyszkiem Miłuńskim z kwietnia 2002 roku): „Potrzebowałem kontaktu z facetami, żeby dowiedzieć się, co to znaczy być mężczyzną w dzisiejszym świecie. Potrzebowałem nowych wzorców. Już nie byłem chłopcem, jeszcze nie czułem się mężczyzną. Chciałem dowiedzieć się, jakie mężczyźni mają marzenia i potrzeby.” Tata zginął w tragicznych okolicznościach, gdy miał 19 lat. Po jego śmierci wiele spraw pozostało niedokończonych, wiele rzeczy nie zdążyło się wydarzyć. Nie mieli szansy spotkać się jak równi sobie. Zabrakło kogoś, z kim mógłby się porównywać.
Pod koniec studiów przeżywał kryzys: co dalej robić w życiu. Znajomi ambitnie poszukiwali pracy, marzyli o karierze, gonili za pieniędzmi, jego to nie bawiło. Powracało pytanie: po co żyję? Pewnego dnia zrozumiał, że po to, by być szczęśliwym. Zaczął szukać spełnienia, samotnie; znajomych nie interesowała duchowość, czy psychologia. Szczególnie trudne były rozmowy o uczuciach – smutku, cierpienia, ale także o tych radosnych - z mężczyznami. Czy okazywanie uczuć jest niemęskie?
Zdecydować się na warsztaty rozwoju osobistego to jak poprosić o pomoc. Bartek: „Istnieje przekonanie, że prawdziwy mężczyzna musi sobie radzić ze wszystkim sam. Musi być silny i zawsze wygrywać. Jeśli sobie nie radzi, jest zbędny. Jego wartość zależy od tego, co może dać, uzyskać, osiągnąć – nie może dbać o siebie, o własne potrzeby, ciało, zdrowie.” Usiadł w kręgu z innymi mężczyznami. To tak, jakby złamali tabu.

A gdyby tak polityk się rozpłakał...
Wojciech Kołyszko (46 lat, artysta grafik, autor ilustracji do książek) na warsztatach odkrył powtarzający się wzorzec – chłopiec pozostawiony przez ojca. „Kiedy dorastałem, czułem się inny, ojca nie było, wychowywała mnie mama – mówi. – Wycofałem się w swój świat. W dorosłym życiu dochodzi do głosu żal i wraca poczucie porzucenia. Z kobietami można się porozumieć, z mężczyznami się nie da. Chłopiec, który był pozostawiony, jako mężczyzna będzie pozostawiał swoje dzieci”.
Ponieważ został wychowany przez mamę, ma dobry kontakt z tymi częściami w sobie, które nazywa dzieckiem i kobietą. Przez wiele lat nie czuł się pełnowartościowym facetem. Wstydził się wrażliwości, bo przecież to takie niemęskie, mało warte. W kręgu pokazał te strony siebie innym mężczyznom i stała się rzecz nieoczekiwana: „Doceniłem je. Już się nie wstydzę. Wręcz przeciwnie, są moją siłą. Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby polityk, mówiąc o wojnie, po prostu się rozpłakał, zamiast walić pięścią w stół i pokazywać, kto mocniejszy”.
Napisał i zilustrował książeczkę dla dzieci o tym, jak ważne są uczucia i to, żeby je wyrażać.

Zmiana to rewolucja?
Co tak naprawdę robią przez całe dwa dni w każdym miesiącu? O to właśnie często pytają ich znajomi (obserwatorzy nie mogą uczestniczyć w zajęciach). Po namyśle odpowiadają: „...gramy na bębnach, śpiewamy, inspirowani mitami opowiadamy historie ze swojego życia, słuchamy siebie nawzajem”.
„To intensywna praca nad sobą, czerpiąca z mądrości rdzennych kultur, mitów i baśni, psychologii zorientowanej na proces, której twórcą jest Arnold Mindell – wyjaśnia Zbyszek Miłuński. - Praca z ciałem i głosem, ze snami i relacjami, ze światem”. Praca, która transformuje wewnętrznie.
Mateusz Ostachowski (27 lat, współwłaściciel firmy handlującej systemami informatycznymi) mówi, że odkąd jest w kręgu, jego życie się zmienia. Mimo że na zewnątrz nie zmienia się nic: „Kiedyś wydawało mi się, że aby móc się duchowo rozwijać, trzeba być lamą buddyjskim albo chociaż porzucić dom, rodzinę i wyjechać do Indii. Że zmiana to rewolucja, niszczenie, zrywanie kontaktów, przeszłość w gruzach. Bałem się „zajmować sobą”, bo co to będzie, co się wydarzy”. Ale zazdrościł żonie, która ma swój krąg kobiet.
Odkrycia Mateusza: zmiana może być bezpieczna i łagodna. Może polegać na docenieniu tego, co się ma. Niczego nie trzeba burzyć, jeśli nie ma się na to ochoty. Każdy normalny człowiek może poznawać siebie i doświadczać duchowego poziomu istnienia w miejscu, w którym jest.
W kręgu spotkał wielu różnych mężczyzn. Myślał: Wszystko nas dzieli – wiek, zawód, status społeczny, wykształcenie, miejsce zamieszkania, przeszłość. Po kilku spotkaniach poczuł, jak bardzo mimo tylu różnic ci mężczyźni są mu bliscy: „Jesteśmy różni, ale bardzo podobni – mówi poruszony tym odkryciem. – Historie naszego życia teoretycznie są inne, ale tak naprawdę niemal każda z nich dotyczy także mnie. Nasze relacje z ojcami, z kobietami, to, co dzieje się w naszych pracach, przeżycia, lęki – to wszystko jest wspólne”. Pytał siebie: Po co założyłem własną firmę? Po co to robię? Przyszła odpowiedź: Żeby mieć radość, satysfakcję, dawać siebie innym. Już nie zazdrości mężczyznom wielkich sukcesów, jakże często okupionych nieuczciwością, zabijaniem siebie. Robi biznes po swojemu. Spokojnie, skutecznie. Ma wspólnika, któremu ufa (co wcale nieczęste), zadowolonych klientów, płaci podatki, zatrudnia ludzi. Zobaczył wartość w tym, co ma. Odetchnął z ulgą.
Zmienia się relacja z żoną. Są ze sobą od pierwszej klasy liceum, zawsze byli razem, połączeni symbiotycznie. „Kłótnia wydawała nam się końcem świata, zaprzeczeniem miłości – mówi Mateusz. – Nie mogliśmy się oddalić od siebie ani na chwilę, bo to znaczyłoby, że się nie kochamy. To rodziło między nami mnóstwo niewypowiedzianego napięcia”. Teraz oboje mają osobne sprawy, przyjaźnie, środowiska i to nie zagraża związkowi, a wręcz przeciwnie, wzmacnia go. Mają poczucie, że są ze sobą na nowo. No i można się wreszcie normalnie pokłócić, jak w dobrym, zdrowym małżeństwie.

Zawiodłem, nie wyrobiłem się – jak to sobie wybaczyć?
Opowiedzieć o sobie, zostać wysłuchanym, przyjętym – tak niewiele, a zmienia wszystko. Bartek: „Dotarło do mnie, że nie muszę robić niczego szczególnego. Już jestem mężczyzną. Bycie mężczyzną wiąże się dla mnie z bliską relacją z kobietą, z budowaniem rodziny. Niewiele więcej potrzeba mi do szczęścia. Już nie muszę być najlepszy, by być wystarczająco dobry.” Znalazł to, za czym tęsknił – świat mężczyzn, którzy potrafią słuchać z uwagą, okazać bliskość, wsparcie; głęboką więź i akceptację.
Pomału zwalniają siebie z obowiązującego modelu męskości. Jacek dał sobie szansę na nowe życie. Zmienił pracę, założył własną firmę. Rozstał się z żoną. Odbudowuje relacje z dziećmi. Nie wie, czy firma przetrwa na tak trudnym rynku. Ale nie ustawia sobie poprzeczek. Może się nie udać. Już nie myśli: Jeśli sobie nie poradzę, będę zerem. To najtrudniejsze – wybaczyć sobie, że się nie wyrobiłem, zawiodłem matkę, żonę, dzieci. Jedzie na kolejny warsztat, już taki poukładany, już tyle o sobie wie i znów „przewrót majowy”. Widzi na przykład, ile w nim krytycznych myśli w stosunku do siebie i innych. Jednak gdzieś głęboko czuje się szczęśliwy, może pierwszy raz w życiu.
Bycie sobą, prawdziwym, bez manipulacji, min, gier, kreacji, napinania się, przynosi wielką ulgę – mówią mężczyźni.

Dwadzieścia cztery godziny ze sobą
Latem krąg wyjechał na obóz inicjacyjny. „Wszyscy rodzimy się nieświadomie – wyjaśnia Zbyszek Miłuński. – Nie wybieramy kraju, rodziny, ciała. Na obozie inicjacyjnym mamy okazję urodzić się po raz drugi, tym razem świadomie. Wybieramy swoje życie. W tym celu potrzebujemy rozpoznać, co nas wzywa - aby odnaleźć swoje miejsce, trzeba pozwolić się prowadzić.” Ceremonię inicjacji poprzedza 24-godzinne odosobnienie w lesie, z którego wraca się – jeśli wierzyć mężczyznom, a dlaczego nie wierzyć? – innym człowiekiem. O tym doświadczeniu, jednym z najważniejszych w życiu, Bartek opowiada tak: „Byłem sam ze sobą. Zastanawiałem się nad tym, co mam robić w życiu, gdzie jest moje miejsce. Nagle poczułem wewnętrzne szczęście, takie, które jest niezależne od osiągniętych sukcesów czy zarobionych pieniędzy. Błogostan, wzruszenie i radość, które są nam dane od zaraz, na wyciągnięcie ręki.” Od tamtej pory nosi w sobie pytanie, jak się z nami tym dzielić.

Zbigniew Miłuński:
O kryzysie Kryzys to sygnał, że następuje zmiana. To informacja, że stary model już się zużył, nie działa. Wielu współczesnych mężczyzn przeżywa kryzys. Coś nie chce, żeby nadal żyli, jak żyło się dotychczas. To, coś jest mądre. Ja jestem od tego, by wspierać zarówno przemianę, jak i tych, którym się przytrafia.

O baśniach Antropolog Joseph Campbell pisze w swoich pracach, że mity i baśnie opisują głębokie struktury świata, w których żyjemy; są lustrem, w którym możemy się przejrzeć: W jakim punkcie życia jestem? Kim jestem? O co mi chodzi? W mitach i baśniach dotyczących mężczyzn bohaterem jest zwykle chłopiec. Trafia na służbę, służy królowi, dojrzewa, przechodzi przez próby, bierze ślub z księżniczką. Posługując się językiem symbolicznym można zapytać – jaka baśń urzeczywistnia się poprzez twoje życie, jaki sen? Kto jest w tej baśni królem? Komu właściwie służysz? Czy jesteś rycerzem Okrągłego Stołu, czy zwykłym rabusiem? Jaki sens ma twoje życie? W baśniach jest wiele wskazówek, które mogą pomóc nam pełniej żyć. Na przykład ta, że bohaterem jest chłopiec. To właśnie on może nawiązać kontakt z tym, co odrzucone lub ukryte i uratować w ten sposób śmiertelnie chorego ojca.

O mocy osobistej W rozumieniu przeciętnego Europejczyka siła to posiadania dobrej pracy, stanowiska, samochodu i wpływu na innych, wynikającego z wysokiej pozycji społecznej. Wedle mądrych starych kultur, choćby rdzennych tradycji obu Ameryk, ważna jest moc osobista. To zupełnie coś innego niż współcześnie rozumiana siła. Moc osobista nie zależy od bogactwa i pozycji społecznej. Tu ważniejsze jest, kim jestem i jakich mam sprzymierzeńców, niż materialne i społeczne zabezpieczenia.

O duchowości Uczymy się słuchać swoich głębokich potrzeb, a wtedy zaczynamy rozumieć i czuć, że jesteśmy częścią większej całości. Paradoks bycia pełnym i spełnionym człowiekiem polega na akceptowaniu własnej niekompletności. Dopiero gdy odkryję, że jest coś większego, co mnie przekracza, do czego przynależę i czemu mogę służyć, wtedy odkrywam swoją pełnię. Nie muszę nad nikim dominować, nie muszę się od nikogo uzależniać. Czuję, że wybory, których dokonuję, niosą ze sobą konsekwencje; że to, co dzieje się teraz, dzieje się naprawdę, a czas, który biegnie, kiedyś się dla mnie skończy.



Powrót do strony głównej

 

Chłopcy z zapałkami

Roman Praszyński, Elle 3/2005.

Warsztaty dla mężczyzn intrygują kobiety. Co oni tam robią? Rozwijają się czy spiskują? Zgrywają macho czy wychodzą na ludzi?

Drewniany dom w lesie pod Warszawą. W dużym pokoju na podłodze siedzi w kręgu kilkunastu mężczyzn. Stoję na środku z Andrzejem i Piotrem. Odgrywamy scenkę z dzieciństwa Marka. To rodzaj psychodramy. Duży Andrzej jest matką z siatkami, wysportowany Piotr ojcem pijakiem, ja wcielam się w trzyletniego Marka. Kucam i proszę Andrzeja: „Mamo, chcę na ręce!“. „Nie mam siły – odpowiada Andrzej – wracamy do domu“. Ja marudzę, na co wkracza „ojciec“ i daje mi klapsa. Rzucam się na podłogę i histeryzuję. Piotr wścieka się, a rękę ma ciężką, naprawdę czuję jego razy. Przypatrujący się z boku Marek próbuje słowami powstrzymać napastnika. Ale nie jest dość przekonujący. Na to wkracza prowadzący warsztaty Zbyszek Miłuński i krzykiem broni „dziecka“. Kilkunastu przypatrujących się mężczyzn oddycha z ulgą. „Napięcie było tak wielkie, że sam chciałem krzyczeć“ – komentuje Maciek. Cała grupa długo rozmawia, jak reagować, gdy na ulicy rodzic bije dziecko. Marek do końca dnia siedzi milczący. Gdy kilka tygodni poźniej poprowadzi rejs żeglarski, zmieni stary obyczaj: nowicjuszy w czasie morskiego chrztu nikt nie będzie upokarzał i bił.

Bicie w bębny
Zbyszek Miłuński wygląda, jak szaman. Ogorzała twarz, siwe, opadające na ramiona włosy, bystre oczy. Na ścianach jego warszawskiego mieszkania, gdzie rozmawiamy, kolorowe mandale i wietrzne dzwonki. Kiedyś wykładał filozofię, budując zbiorniki wisiał na linach, był dyrektorem społecznego liceum, kierował agencją reklamową. Ma żonę i dwoje dorosłych dzieci. Zaczynał od dwuletniego stażu psychologii zorientowanej na proces. To metoda amerykańskiego terapeuty Arnolda Mindella. Chciał pomóc sobie, zaczął pomagać innym. Przez jego warsztaty przewinęła się setka mężczyzn. Biznesmeni, artyści i nauczyciele. Księgowi i lekarze. Mają od dwudziestu paru do pięćdziesięciu paru lat. Raz w miesiącu wyjeżdżają na cały weekend z miasta. W domu w lesie rozmawiają o swoich problemach i marzeniach. Śpiewają, biją w bębny, opowiadają sny.
„My, mężczyźni, potrzebujemy wspólnoty – tłumaczy Zbyszek. – Będąc razem przestajemy konkurować, uczymy się, jak wiele nas łączy. Jak kruche jest nasze życie. I że warto o nie dbać“.

Męska przyjaźń
Gdy wracam z męskiego warsztatu, w Empiku wpada mi w ręce książka australijskiego terapeuty rodzinnego Steve‘a Biddulpha „Męskość“. W środku smutne statystyki: współcześni mężczyźni na kontakt z własnymi dziećmi poświecają tylko parę minut dziennie. Chłopcy wychowani bez udziału ojców czują się osamotnieni, sami muszą się zmagać ze sobą i światem. Aby być pełnym człowiekiem, aby być dobrym partnerem dla kobiety, mężczyzna potrzebuje emocjonalnego wsparcia innych mężczyzn. Ich doświadczenia i uwagi. „Prawdziwa męska przyjaźń dodaje energii“ – pisze australijski autor. Według niego w USA, Australii, Wielkiej Brytanii i Niemczech spontanicznie zawiązują się tysiące męskich grup wsparcia. W Polsce to wciąż podejrzana nowość. Gdy opowiadam znanej pisarce, że na warsztatach mężczyźni zwierzają się sobie i przytulają, pyta zgryźliwie: „pedały?“. Nawet w środowisku psychologicznym nie jest to popularne. „Mężczyźni razem? – dziwi się Mieczysław Jaskólski, psychoterapeuta z warszawskiego Laboratorium. – Nie znam takich warsztatów. Ja zawsze prowadzę grupy koedukacyjne. Lepiej, gdy kobiety i mężczyźni wspólnie mogą przyjrzeć się swoim kłopotom w związkach, poznać co druga strona myśli i czuje“.

Szukanie tożsamości
„Czasy mamy bardzo koedukacyjne - uważa Joanna Dulińska, psychoterapeutka z warszawskiego ośrodka Poza centrum. – Kobiety i mężczyźni upodabniają się nawet wyglądem. Dlatego wiele osób szuka swojej tożsamości. Chcą wiedzieć co to znaczy być kobietą lub mężczyzną“. Joanna Dulińska prowadziła warsztaty dla kobiet. Zauważyła, że kobiety uczą się wzajemnie od siebie. „ Kobiecość przejawia się na wiele sposobów – tłumaczy. – Jedna kobieta jest opiekuńcza, inna ekspresyjna, mocno wyraża emocje. W grupie z tych „kawałków“ tworzy się jedność, poczucie pełni“. Wszyscy moi rozmówcy zauważają, że kobiety chętniej niż mężczyźni spotykają się na psychologicznych warsztatach. „To ciekawe zajmować się sobą“ – uśmiecha się Joanna Dulińska. Mężczyźni właśnie się tego uczą.

Atawistyczna siła
„We własnym gronie możemy bezpiecznie mówić o trudnych relacjach z kobietami – uważa trzydziestoletni Dawid Rzepecki z Łodzi. – Na koedukacyjnych warsztatach obserwowałem, jak chłopak opowiadając o zdradzie bardzo się tłumaczył obecnym tam kobietom“. Męskie spotkania mają dla Dawida jeszcze jeden atut: „Poczucie jedności drużyny – mówi z uśmiechem. – To atawistyczna siła. Gdy na obozie w lesie zobaczyliśmy, że ktoś wyciął nielegalnie drzewa, zaraz kilku z nas zebrało się, aby to sprawdzić, interweniować“. W dzieciństwie Dawidowi brakowało akceptacji ojca, żył w przekonaniu, że jest gorszy od innych mężczyzn. Aby zdobyć ich uznanie, popisywał się: „Opowiadałem kolegom, jak to kupiłem tanio samochód, a sprzedałem drogo, choć było odwrotnie“. Na początku na warsztatach też chciał pokazać, jakim jest inteligentnym i wrażliwym mężczyzną. Mówił mało, ale starał się, aby brzmiało to mądrze. Pomagał w kuchni, dbał o ognisko. „W końcu zrozumiałem, że nie muszę zabiegać, aby być lubianym – wspomina. – Siedziałem przy ognisku i czułem się bardzo dobrze, swobodny, ważny“.

Czwarty przyjaciel
Dawid z wykształcenia jest filozofem, prowadzi prelekcje antynarkotykowe dla młodzieży szkolnej i grupę wsparcia dla dorosłych. Gdy odwiedzam go w jego rodzinnym mieście, wywozi mnie na górę na przedmieściach. Pokazuje wielki las pod Łodzią, lubi samotne wędrówki. Pokazuje dom, w którym mieszka jego była żona. Opowiada o zmianach w swoim życiu: „Długo nie potrafiłem się rozstać z żoną – tłumaczy. – Ostateczną decyzję podjąłem w czasie trwania warsztatów“. W małżeństwie czuł, że nie spełnia oczekiwań żony, nie zarabia wystarczająco, nie ma ZUS-u. Wciąż się kłócili. Z desperacji zatrudnił się na nocnej zmianie w kinie. Mył toalety po 12 godzin. Zaczął chorować, nie przedłużono mu umowy. Wyjechał na dwa lata pracować w Holandii. „To była ucieczka przed rozstaniem“ – ocenia. Odchodził i wracał kilka razy. Teraz żyje tak, jak lubi. Nie zarabia dużo, ale starcza mu na mieszkanie i samochód. Z żoną uczy się przyjaźnić. Pół tygodnia mieszka z nim Karina, czteroletnia córka. Ponownie się zakochał, planuje poważny związek. „Przestałem czuć się ofiarą bliskich mi kobiet – opowiada. - Niedawno matka poprosiła mnie, żebym położył jej klepki w mieszkaniu. Wytłumaczyłem, że nie znam się na tym, że powinna wziąć fachowca. Kiedyś miałbym poczucie winy. Dziś mówię wyraźnie, w czym mogę pomóc. I pomagam“. Niedawno, gdy zwierzył się matce, że ma tróje bliskich przyjaciół, usłyszał: „Nieprawda, masz czworo“.

Dyrektorski palec
„My mężczyźni potrzebujemy większego zaufania do tego, co czujemy i umiejętności wyrażania swoich uczuć – uważa Zbyszek Miłuński. – Świat uczy nas posługiwać się rozumem i odcinać od emocji. Wielu mężczyzn trwa w nieudanych związkach, bo uważają, że muszą wywiązywać się ze swojej roli“. Ale warsztaty to nie szkoła pozbywania się żon. Maciek Klich, trzydziestodwuletni lekarz w czasie trwania warsztatów ożenił się i stał ojcem. „Bałem się, że dziecko to koniec wolności – tłumaczy. – Ze zdziwieniem słuchałem, z jaką miłością moi koledzy na warsztatach mówią o swoich dzieciach. Zrozumiałem, że dziecko to zarwane noce, ale też radość i bliskość“. Odkąd urodziła się córka, mniej kłóci się z żoną. „Monika śmieje się, że mam dyrektorski palec – tłumaczy. – Dyryguję nią, oczekuję, że posprząta, albo ugotuje obiad. Jakby kobieta istniała po to, aby obsługiwać mężczyznę“. Zmienia się, ale czuje, że wiele pracy przed nim. Ma żal do żony, bo nie podoba jej się, że chodzi na warsztaty. Dla niej to głupoty, wyrzucanie pieniędzy.

Dziewczynka z zapałkami
Matka Maćka umarła piętnaście lat temu. Bardzo to przeżył, urosła w jego pamięci do ideału. „Wiele lat uważałem, że sam muszę być idealnym mężem, ojcem, mieć idealną żonę – wzdycha. Większość życia zabiegał o akceptację ojca, człowieka, którego trudno zadowolić. Parę lat temu wyjechał do Niemiec, aby pokazać, jak świetnie daje sobie radę. Nie zrobił lekarskiej kariery, wrócił, czuł, że poniósł klęskę. Na pierwszych zajęciach Zbyszek zaproponował pracę z baśniami. Maciek wcielił się w postać ulubionej bajki swojego dzieciństwa. Wybrał Dziewczynkę z zapałkami. Miał proste zadanie: musiał zmienić tragiczne zakończenie historii. Gdy doszedł do tego momentu w opowieści, zamilkł. Nie mógł mówić. Łzy stanęły mu w oczach. Siedziałem obok i ze współczuciem patrzyłem, jak się męczy. Zacząłem się denerwować. „Uratuj ją! – krzyczałem w myślach. „Patrzyło na mnie dwudziestu facetów – wspomina tamtą scenę. – Było mi wstyd, że widzą, jaki jestem słaby. Całe życie czułem się niekochany. Bałem się, że wszystko w moim życiu skończy się źle. Gdy zdołałem wyszeptać, że dziewczynka nie umiera, że ktoś zaprasza ją do ciepłego domu na wigilię, poczułem wielką radość“. Zdziwił się, że inni mężczyźni podobnie, jak on czują się nieakceptowani, że mit porzuconego dziecka jest dla nich ważny. „Uwierzyłem, że mogę w życiu pisać dobre zakończenia“ – mówi z uśmiechem. Zostawił dobrze płatną pracę dla firmy farmaceutycznej i rozpoczął specjalizację w szpitalu na wydziale ortopedii. Zarabia kilka razy mniej, cieszy się, że żona akceptuje jego plany.

Płonący chrust
Późne lato na Mazurach. Słońce wychodzi znad drzew, na polanie kilkunastu mężczyzn z nagimi torsami. Tańczymy indiański taniec na powitanie słońca. Proste ruchy skierowane na cztery strony świata. Głębokie oddechy i koliste ruchy ramion przyśpieszają krew. To najważniejszy dzień na obozie, który kończy rok pracy na męskich warsztatach. Dzisiaj każdy weźmie śpiwór i uda się do lasu na dobę odosobnienia. Ale zanim to się stanie zbieramy chrust. Znosimy wielkie, uschłe gałęzie na ognisko, które będzie płonąć przez całą dobę. Dopilnuje go Zbyszek. To symboliczny płomień. Rzucamy w ogień nasze doświadczenia i emocje, z którymi chcemy się rozstać. Gdy szarpię się z suchym pniem, ciągnę go z całych sił, czuję narastającą wściekłość. Z radością rzucam go na stos. Potem każdy bierze plecak i idzie szukać swego miejsca w lesie. Najpierw kąpię się w jeziorze, potem rozkładam karimatę pod bukiem na małym wzgórzu. Nie ruszę się stąd przez dzień i noc. Dużo śpię, rozmyślam, śpiewam piosenki. Zastanawiam się, co jest ważne w moim życiu. Przyglądam się drzewom i zwierzętom. Nic nie jem, nie czuję głodu. Gdy następnego dnia rano wracam na polanę, chrustu już nie ma. Cały spłonął.
„Chodzi o to, żeby odkryć swoje powołanie – Zbyszek tłumaczy sens męskich spotkań. - Nie szarpać się z życiem. Przysłowie mówi: mądrego los prowadzi, a głupiego wlecze. Tym zajmujemy się na warsztatach. Próbujemy mądrze spojrzeć na własne życie“.

 

 

Powrót do strony głównej